REKLAMA

V Kolumna

 

REKLAMA

Wygrywamy II wojnę

 

ToSo zauważył ostatnio, że łatwiej dostrzegać negatywne sprawy niż pozytywne. Poniekąd to prawda. W związku z tym mam w zanadrzu kilka książek, głównie anglojęzycznych, które są przełomowe w tym sensie, że przełamują aliancką spiskową teorię historii naszego kraju – jak to określił Norman Davies. Prace te wprowadzają – czasami pokracznie – polską narrację do historiografii światowej. Po kolei.

Książka Halik Kochanski zatytułowana „The Eagle Unbowed: Poland and the Poles in the Second World War” [„Orzeł niezłomny. Polska i Polacy w drugiej wojnie światowej”] (Harvard University Press, Cambridge, Mass., 2012) powinna była wyjść w 1946 roku. Ma układ tematyczny: od kampanii wrześniowej, przez podwójną okupację sowiecko-niemiecką (1939-1941), doświadczenie Polaków w Sowietach i ich wyjście z domu niewoli, nasz wkład w wysiłek wojenny aliantów, losy cywilów poza Polską (to rozległy temat, bo obejmuje i kraje neutralne, i wojujące), okupację ziem polskich przez Niemców (do 1943 r.), Holokaust, dyplomację. Potem krótkie rozdziały o agonii 1944 i 1945 roku. „The Eagle Unbowed” to patriotyczna saga triumfu, honoru, walki, krwi. Dwóch wrogów: Niemcy i Sowieci, cała martyrologia jak trzeba. Proporcjonalnie Auschwitz i Gułag. Jedwabne to niemiecka prowokacja, chociaż z nielicznym polskim udziałem. W ogóle Holokaust nie przytłumia wszystkiego innego, a masowy mord na Żydach jest pokazany adekwatnie i w większym kontekście historycznym. Podkreślono triumfy polskiego oręża na wszystkich frontach, szczególnie we Włoszech i Normandii. Potępienie Zachodu za zdradę Polski, ale również ostra krytyka dowództwa Armii Krajowej za wywołanie powstania w Warszawie. Kochanski jest raczej standardowo proakowska w dość płytkiej analizie NSZ, chociaż zdaje się rozumieć rewolucyjny bandytyzm komunistów, tubylczych pachołków Stalina. Polska przegrała II wojnę i stała się backwater, ignorowana przez wszystkich, aż wybuchła nad Wisłą „Solidarność”. Wojna skończyła się dopiero po 1989 roku i Polska w końcu wygrała. Autorka jest historyczką wojskowości. Polską zajęła się z musu. Jest dzieckiem tych, którzy o Nią walczyli. Polecamy.

David G. Williamson, „The Polish Underground, 1939-1947” [„Polskie podziemie 1939-1947”] (Pen & Sword Military, Barnesley, South Yorkshire, 2012) to praca z serii „Campaign Chronicles”. Redaktorzy tej serii interesują się zwykle wielkimi bitwami i kampaniami historii, a więc Juliuszem Cezarem, Wikingami, Wielką Armadą, bataliami pod Salerno czy Ypres, oblężeniem Malty. Zaskakuje, że na liście są też i polonika: „Poland Betrayed” i „Napoleon’s Polish Gamble”. Monografia „The Polish Underground, 1939-1947” nie będzie dla Polaków rewelacją, ale już sama periodyzacja proponująca continuum między walką z Niemcami a Sowietami będzie szokiem dla wielu na Zachodzie, gdzie przecież Uncle Joe Stalin wciąż uważany jest za alianta. I znów – po krótkim wprowadzeniu dotyczącym strasznego położenia geopolitycznego naszego kraju – dwie okupacje (yes!), dwóch wrogów. A potem szczegółowy opis rozmaitych problemów. Autor koncentruje się zarówno na oporze spontanicznym, jak i zorganizowanym. Charakterystyczne, że pisząc o podziemiu Stalina w Polsce, używa sformułowania „bandy komunistyczne”. O NSZ niewiele, ale w porównaniu z do niedawna standardowymi sformułowaniami w rodzaju „polscy naziści” nie jest źle. „Kolaboracja ograniczona do wyższych szczebli” – pisze Williamson na podstawie urywka raportu AK. Podobnie jak Kochanski, również ten autor nie zna zbyt dobrze historiografii dotyczącej narodowców, ale tak jak ona nie potępia ich w czambuł, lecz spycha na margines. Cieszy fakt, że Williamson używa słowa „niepodległościowcy” (independentist groups). I jest anabasis Brygady Świętokrzyskiej – zgodnie z prawdą ucieczka przed Sowietami, a nie miłość do Hitlera; i są żołnierze wyklęci. Ale jest tego bardzo mało. A potem koszmar komunistycznej okupacji. Rekomendujemy.

Miło nam zaraportować, że w końcu Zachód odkrył Katyń. Szkoda, że w lewackiej formie. W interdyscyplinarnej pracy zbiorowej pt. „Remembering Katyn” [„Pamiętając o Katyniu”] (Polity Press, Cambridge, 2012) Alexander Etkind, Rory Rinnin, Uilleam Blacker, Julie Fedor, Simon Lewis, Maria Mälksoo i Matilda Mroz naturalnie przedstawiają sprawy po swojemu, zgodnie z najnowszymi modami intelektualnymi. Ale co tam – przynajmniej piszą o Katyniu i uznają, że za mordem stali Sowieci. Leitmotiv książki to Andrzej Wajda i jego obraz. Jest to dowód na to, że bez filmu nie sposób spenetrować popkultury. I nie ma wtedy wymądrzania się intelektualistów nad popkulturowym zjawiskiem. Na pewno wielu rodaków zirytuje otwierający książkę panegiryk na cześć Donalda Tuska, który wydukuje z siebie nieśmiertelne „pamiętamy”. To od faceta, który pamięć polską uznał za przekleństwo. Jest też zachwyt Aleksandrem Kwaśniewskim, który kuriozalnie mówił o „dreszczach w kręgosłupie”. Autorzy wstępu nie zrozumieli, że „prezio” skarżył się na symptomy alkoholiczne, a nie gadał o wymordowanych oficerach. Dyskusja „Katyn in Poland” jest raczej powierzchowna. Bardzo mało o obecności tematyki masakry w nielegalnych publikacjach oraz o tym wątku w działalności orientacji niepodległościowej wśród opozycji od lat sześćdziesiątych i potem. Katyń jako „nowa Antygona” w obrazie Wajdy jawi się jako spełnienie postmodernistycznych fantazji Jacquesa Derridy. Może właśnie tak. Dopowiadam: tragedia czeka na swego mistrza ekranu. Ciekawe jest zestawienie „Katyn in Ukraine” i „Katyn in Belarus”. Ukraińcy pomagają, Białorusini nie. W obu wypadkach autorzy krytykują „nacjonalizację” tragedii. To znaczy nie podoba im się, że pamięć o ofiarach jest zwykle narodowa. Czy nie rozumieją, że aby była uniwersalna, trzeba najpierw upowszechniać ją we własnym narodzie i wskazywać uniwersalny wymiar tragedii? „Katyn in Russia” to ćwiczenie w Vergangenheitsbewältigung. Przekonanie, że osoby zaprzeczające zbrodni katyńskiej to post-sowieccy aparatczycy, jest tylko częściowo prawdziwe. Wielu historyków przeprowadza na bieżąco rewizje Katynia – ponownie jako rzekomo niemieckiej zbrodni. Warto rozważyć też głębiej gorbaczowowskie kłamstwo na temat rzekomego wymordowania bolszewickich więźniów przez Polaków. „Katyn in Katyn” to – według autorów – „probierz wahań i zmian w pamiętaniu o sowieckim terrorze”. Znowu – jak w rozdziale 1 – narzekanie, że Katyń ma „mocne odchylenie katolickie”, jeśli chodzi o polski sposób upamiętniania. Większość oficerów była katolikami, ale polska instalacja oddaje hołd i innowiercom. Byłem w Katyniu, widziałem. Post-Sowieci załatwili sprawę po swojemu: ich monument w Katyniu odzwierciedla ich gigantomanię i prawosławie oraz zapewne fałszowanie historii. Niemcy najpewniej nie rozstrzelali tam 500 sowieckich jeńców. NKWD na pewno zabiło tam ok. 10 tys. osób w latach trzydziestych. Największą łyżką dziegciu jest propaganda „Katyń-2”, czyli wyszydzanie katastrofy w Smoleńsku. Boli ich. Dostrzegają potęgę symboli, chcą ją zneutralizować. Do pracy redaktorzy podłączyli użyteczną chronologię. Nie polecamy nad Wisłą; na Zachodzie niech czytają, jeśli im się nie chce zagłębić w publikacje Janusza Kazimierza Zawodnego czy Anny Cięciały.

Na koniec będzie o ziemiach Rzeczypospolitej, ale głównie o jednej grupie etnicznej czy też raczej jednej orientacji w ramach tej grupy, pretendującej do rządu dusz. Praca Jerzego Grzybowskiego „Pogoń między Orłem Białym, Swastyką i Czerwoną Gwiazdą. Białoruski ruch niepodległościowy w latach 1939-1956” (Bel Studio, Warszawa, 2011) to monografia o narodowcach bez narodu. To znaczy był materiał etnograficzny oraz bardzo ideowi aktywiści. Ale ci ostatni operowali w próżni, bowiem lud białoruski nie był uświadomiony narodowo. Białoruscy nacjonaliści doszli do wniosku, że było to głównie spowodowane faktem, iż nie mają własnego państwa i własnych instytucji. Zapomnieli, że nacjonalizm głównie kulturą stoi i państwa nie potrzebuje – co dobitnie pokazała Polska pod zaborami, jak również PRL pod sowiecką okupacją.

Na brak rezonansu w masach wpływała również świeżość orientacji patriotycznej na Białej Rusi. Funkcjonowała ona początkowo wśród polskiej szlachty wyznania katolickiego czy unickiego o korzeniach rusińskich. Ale był to nacjonalizm jagielloński, który dominował do XX wieku. Potem pojawiły się kolejne pokolenia działaczy białoruskich, którzy reprezentowali całą gamę postaw: od chrześcijańskiej demokracji do narodowego bolszewizmu i narodowego socjalizmu. Niektórzy aktywiści skakali nawet od komuny do nazizmu, zawiedzeni ideologią, ludźmi i geopolityką. Bo aby ich sen o państwie się spełnił, musieli kolaborować z istniejącą władzą. Próbowali z Polakami, ale II RP nie miała zamiaru zrzec się części swego terytorium, nastąpiło więc rozczarowanie, radykalizacja białoruskich postaw, polskie represje. Tymczasem w Sowietach miał być białoruski renesans narodowy w formie, a bolszewicki w treści, ale skończyło się kolektywizacją i rzezią. Nawet „zjednoczenie” Białorusi po 17 września nie przyniosło nic poza ujednoliceniem ram czerwonego terroru oraz urawniłowką kosztem „polskich panów”.

Nadzieję niosła III Rzesza. Atak Hitlera na Stalina w 1941 roku dał szansę na praktyczne sprawdzenie wartości Berlina w białoruskich kalkulacjach. Jerzy Grzybowski w bardzo zniuansowany sposób opisał wybory białoruskich aktywistów pod obiema okupacjami, szczególnie w latach 1939-1944. Większość współpracowała w szokujących warunkach. Liczono, że uda się wykorzystać Hitlera do zbudowania Białorusi albo przynajmniej do wzmocnienia stanu posiadania nacjonalizmu białoruskiego. Mniejszość nacjonalistów kolaborowała dlatego, że chciała powielać nazistowskie wzory w kraju. Ale Niemcy nie byli tacy chętni do współpracy z białoruskimi „podludźmi”, choć uznali ich jednak za lepszych od Polaków. Ustawił się więc ogonek białoruskich nacjonalistów do rozmaitych potencjalnych sponsorów i protektorów. A ci między sobą wchodzili stale w spory jurysdykcyjne i kompetencyjne oraz poniżali sobie na wzajem białoruskich faworytów, prześladując jednocześnie lud.

Armia III Rzeszy chciała porządku, była więc najbardziej liberalna. Rekrutowała sobie białoruską samoobronę i administrację cywilną. A te już utrzymywały w ryzach, kogo trzeba. Niemiecka okupacyjna władza cywilna chciała jak najmocniej eksploatować ekonomicznie ziemie białoruskie, a jednocześnie podciąć polski żywioł i wyeliminować „niepotrzebnych” Żydów. Policja chciała eksterminować Żydów, wybijać elitę polską, męczyć naród, a co do Białorusinów, to spodziewano się po nich posłuszeństwa oraz pomocy w ściągnięciu kontyngentu i zwalczaniu sowieckiej partyzantki, w tym w szeregach białoruskich oddziałów pomocniczych SS, których z czasem sformowano dywizje.

Aby osiągnąć swe cele, białoruscy nacjonaliści kolaborowali z Niemcami przeciw Polakom oraz zwalczali czerwonych. Początkowo podziemni Sowieci byli słabi, nawet na wschodnich terenach kraju. Ale brutalna niemiecka polityka okupacyjna wzmocniła szybko ich szeregi. Skupili się głównie na rabunkach, aby zdobyć aprowizację, a więc na prześladowaniu ludności cywilnej oraz walce z samoobroną i AK.

Z czasem nacjonaliści białoruscy coraz bardziej kompromitowali się kolaboracją i mizernymi jej rezultatami. Koncesje niemieckie, głównie w sferze kultury, przyszły dopiero w 1944 roku, a więc za późno, aby wydać owoce. System padł. Większość aktywistów ewakuowała się z Niemcami. Garść nacjonalistów SD i Abwehra przerzuciły, również samolotami, na Wileńszczyznę i Nowogródczyznę w 1944 i 1945 roku. Przeżyli dłużej jedyni ci, którzy podporządkowali się AK. Resztę wnet wybili bądź uwięzili komuniści. Większość nacjonalistów została jednak na emigracji. Doszło wśród nich do poważnych kłótni w poszukiwaniu formuły działania i nieskalanego kolaboracją przywództwa.

Jerzy Grzybowski oparł się w dużym stopniu na pionierskich hipotezach Jerzego Turonka, rozwijając je i tylko czasami nie zgadzając się z tym uczonym, najbardziej chyba w sprawie stosunku Armii Krajowej do mniejszości białoruskiej. Organizacja pracy to trochę groch z kapustą. Po prostu autor doszperał się tylu fantastycznych rzeczy, że postanowił wrzucić wszystko do pracy, aby pomóc przyszłym badaczom i innym rozpropagować tajemną dotąd wiedzę. Pisze z zacięciem, często klarownie, nie omija kontrowersyjnych tematów i interpretacji. Pokazuje, że białoruski nacjonalizm integralny to droga donikąd. Brawo! Mocno rekomendujemy.

 

Marek Jan Chodakiewicz

REKLAMA