REKLAMA

Historia w krótkich spodenkach
Krzysztof M. Mazur

Pan redaktor Piotr Zychowicz, pisząc swoją bajkę o tym, jak samowtór albo nawet samotrzeć pobilibyśmy najpierw Sowietów u boku hitlerowców, a później oczywiście pobilibyśmy także niedobrych hitlerowców – w jednym z akapitów tejże bajeczki cieszy się, że na szczęście twierdzenia historyków wychowanych na PRL-owskiej propagandzie odchodzą do lamusa, a na scenę coraz śmielej wchodzi nowe, młode pokolenie historyków, którzy odkrywają przed nami prawdę. Prawdę czasami nieprawdziwą, ale za to jaką piękną, jaką pocieszającą i jak pokrzepiającą serca.

REKLAMA

Kolejny raz mamy więc młodych, którzy naprawią błędy starych, bo – jak wiadomo – młodość potrafi zastąpić nawet wiedzę, doświadczenie, umiejętności analitycznego myślenia – no, jednym słowem wszystko. Ileż to razy słyszeliśmy: niech wreszcie dopuszczą młodych do rządów, niech dopuszczą młodych do katedr, do piór, do biskupstw, przyjdzie młodość i naprawi. Tak jak Kwaśniewski albo przed wojną prezydent Mościcki. Bo tylko ktoś, kto nie zna historii, mógłby twierdzić, że prezydent Mościcki był przed wojną stary. Otóż nie – był młody, co sam stwierdził przy okazji swojej żeniaczki z młodszą o całe pokolenie panną z odzysku. Mościcki miał wtedy szepnąć swoim młodszym współpracownikom, że on jest tak samo młody jak oni; różnica między nimi polega jedynie na tym, że oni się od niego później zestarzeją.
Ale ad rem. Redaktor Zychowicz w swojej bajeczce dla dorosłych jako przykład takiego młodego i wyzwolonego z przesądów PRL-owskiej propagandy historyka podawał p.Tymoteusza Pawłowskiego, który w niedawnym wydaniu tygodnika „Do rzeczy” zaprezentował przykład owego nowego produktu historycznego made in „młode pokolenie historyków”. Produkt ów dotyczył zamachu majowego z 1926 roku i nosił tytuł „Maj 1926 r. – zamach, ale czyj?” Jak widać, słychać i czuć, już sam tytuł wskazuje, w jakim kierunku idzie rewizja historii u naszych młodych, nieobciążonych genem PRL-u naukowców. Bo oto okazuje się, że reinterpretacja faktów to już za mało dla takich młodych, gniewnych historyków; okazuje się, że nastała moda na zmianę samych faktów. I dlatego w zakończeniu swojego artykułu o zamachu majowym p.Tymoteusz Pawłowski napisał: „Być może gdyby wydarzenia majowe zbadać całkowicie obiektywnie, porzucając balast politycznych oskarżeń II Rzeczypospolitej i propagandę PRL, mogłoby się okazać, że w maju 1926 r. nastąpił »zamach Witosa«, a w »obronie konstytucji« stanął Józef Piłsudski”. Jakby to podsumował zapewne były premier Marcinkiewicz: yes, yes, yes. Wreszcie ktoś powiedział tym wstrętnym, czarnosecinnym endekom całą prawdę o ich prawdzie. Wreszcie ktoś to powiedział otwarcie: to nie Pierwszy Marszałek Polski, Naczelnik Państwa i Ukochany Wódz, Józef Piłsudski, dokonał w maju 1926 r. buntu zakończonego wojskowym przewrotem – zgodnie z „całkowitą obiektywnością” i po „:zrzuceniu balastu” okazuje się, że zamachu stanu dokonał Witos. Ten nieporadny Witos z filmu Hoffmana, który w dniach, kiedy waży się los całej ojczyzny, myśli tylko o swoim gnoju i ściernisku, stanął na czele zbuntowanych wojsk, złamał konstytucję, obalił swój rząd i prezydenta i… Nie, nie, oczywiście, że niczego nie obalił – to Piłsudski właśnie w obronie zagrożonej konstytucji i demokracji obalił rząd, by zdusić w zarodku zamach Witosa.

Witos-zamachowiec

O horrendum, bowiem – jak demaskuje na wstępie swojego artykułu p.Pawłowski – Witos, jak tylko został premierem, zaczął „wydawać rozkazy wojsku”. Tymoteusz Pawłowski wprawdzie wie, że „żaden zapis nie zabraniał tego wprost”, ale przecież każde dziecko wie, że było to niezgodne z „duchem prawa” i „zasadami demokracji”. Co z tego, że 12 maja rozkazy wojsku wydawał Piłsudski, który wtedy nie zajmował żadnego konstytucyjnego stanowiska, skoro najwidoczniej było to zgodne z „duchem prawa”, choć niezgodne jego przepisami. A to ci logika, a to ci prawdziwa finezja prawnicza, ale cymes! Witos wprawdzie sam nie rozkazywał wojskowym, gdyż w rządzie Witosa była taka figura jak minister spraw wojskowych, który jak najbardziej miał prawo takie rozkazy wydawać, ale przecież to szczegół. A tego typu szczegóły są po to, by je pomijać. A prezydent Wojciechowski co? Też nie zorientował się, że zamach urządza nie Piłsudski, ale Witos. Nie zorientował się bidula, a tylko dlatego, że jak tylko wrócił ze Spały do Warszawy, to „na rogatkach czekał na niego Witos i to jego wersję wydarzeń usłyszał jako pierwszą”. I wreszcie mamy rozwiązanie także tej ponurej zagadki. Gdyby na rogatkach czekał na Wojciechowskiego taki np. pułkownik Wieniawontos z Pijantu, to na pewno wersja Witosa nie mogłaby rozsiąść się wygodnie w głowie prezydenta Wojciechowskiego, który na moście Poniatowskiego był już tak obałamucony przez sprytnego chłopa z Wierzchosławic, że nie docierały do niego żadne argumenty zatroskanego o losy demokracji Piłsudskiego. Nie miał Piłsudski wyjścia, musiał ratować konstytucję, którą pieszczotliwie nazywał czasami „prostytutą”, musiał ową „prostytutę” ratować przed tymi, których równie pieszczotliwie nazywał „zaplutymi, potwornymi karzełkami na krzywych nóżkach”. I jak wiemy, uratował. Przecież gdyby Witos nie urządzał zamachu, to nie siedziałby w procesie brzeskim na ławie oskarżonych, z której naiwnie, ale zarazem jakże arogancko w następujących słowach zwracał się do Wysokiego Sądu: „Należałem do parlamentu austriackiego, gdzie również zabierałem głos. W czasie wojny uważany byłem za zwolennika Ententy. Oskarżono mnie o zdradę stanu i o innych pięć zbrodni, wytoczono mi śledztwo, przesłuchi­wano. Ale mimo wszystko ten rząd zaborczy, który znał moje stanowisko i moją pracę, nie wtrącił mnie do lochu ani nie deptał mojej godności i mego człowieczeństwa. A w Polsce, Wysoki Sądzie, byłem tym Prezesem Rządu, który został przez zamach majowy obalony. Nie ja dokonałem zamachu, ale ja wraz z rządem stałem się ofiarą zamachu. A rząd ten nie był przecież rządem uzurpatorskim, był rządem konstytucyjnym, zatwierdzo­nym przez Prezydenta Rzeczypospolitej. A więc kto inny robił zamach i spisek, a ja siedzę na ławie oskarżonych. Prawdziwi zamachowcy w Polsce muszą trafić na ławę oskarżonych. Wierzę jednak zawsze, że w Polsce jest prawo, i to równe prawo dla wszystkich, dlatego też siedząc dzisiaj na ławie oskarżonych, ośmielam się zapytać pana przedstawiciela oskarżenia publicznego, czy nie zna tych ludzi, którzy dokonali zamachu i czy to było przestępstwem? Bo jeżeli jest tak, to powinna być wielka zmiana, i spodziewam się, że ta zmiana nastąpi”.
A niedoczekanie twoje, cwany chłopku; przyszły nowe pokolenia, nowi historycy nieobciążeni balastami i propagandą i pokazali jak było: jak słomy z butów nie wyjmując, poważyłeś się na wydawanie rozkazów wojsku, jak gwałciłeś ducha prawa i zasady demokracji, które na szczęście uratował „Ukochany Wódz”.
Dlaczego pomimo tego, że czuwał nad naszym narodem ten zatroskany o losy demokracji i prawa heros, dlaczego pomimo tego było tak źle, skoro było tak dobrze? I dlaczego tak marnie się to wszystko zakończyło. Czekamy z niecierpliwością na opowieść, jak to w latach trzydziestych siatka wywrotowców, a w tej grupie ekspozytura Witosa i Korfantego w Czechosłowacji oraz Paderewskiego i Sikorskiego w Szwajcarii i Francji, niweczyła wszelkie reformatorskie działania naszej kochanej sanacji i wreszcie jak to we wrześniu 1939 roku Sikorski, zmarnowawszy armię, porzucił walczących żołnierzy i uciekł jak zwykły tchórz do Francji.

Czy Piłsudski się nawrócił?

I jeszcze z tej samej beczki, ale trochę spokojniej. Otóż p.Jan Bodakowski opublikował w „NCz!” artykuł pt. „Towarzysz Piłsudski”, w którym obok znanych i uzasadnionych, chociaż dla niektórych kontrowersyjnych twierdzeń, zawarł również sformułowania niezgodne z faktami. Najbardziej ewidentnym nadużyciem autora jest stwierdzenie zawarte w podsumowaniu tekstu, w którym pisze: „Józef Piłsudski nie nawrócił się też na łożu śmierci. Wezwany ksiądz Korniłowicz ostatniego namaszczenia udzielił najprawdopodobniej już zwłokom Piłsudskiego. Współpracownicy Piłsudskiego, wszyscy masoni, za późno wezwali księdza, by uniemożliwić spowiadającemu się marszałkowi zdradę tajemnic sanacji. Arcybiskup Sapieha był przeciwny pochówkowi Piłsudskiego na Wawelu (…)”. W obiegu, jak wiadomo, krążą różne opowieści, których autorzy wydają się wcale niezainteresowani pewnymi faktami. Piłsudczycy wypisują fantazje, jak to Marszałek, widząc księdza, poderwał się i gestami wskazywał, że chciałby przyjąć święte sakramenty, przy czym ci sami jakoś nie wyjaśniają, jak to się stało, że Piłsudski, póki miał jeszcze siły i świadomość, jakoś nie poprosił o księdza, tak jak to zrobił np. Dmowski. Druga strona pisze tak jak p.Bodakowski – że wszystko to była hucpa, insynuując tym samym, że świątobliwy ksiądz Korniłowicz sprzeniewierzył się zasadom, udzielając sakramentu namaszczenia nieżyjącemu Piłsudskiemu. Tymczasem Piłsudski nigdy nie wyraził takiego życzenia, natomiast fakt uzyskania ostatniego namaszczenia zawdzięcza swojemu lekarzowi Antoniemu Stefanowskiemu, także swego rodzaju mistykowi, który będąc w ostatnich tygodniach przy umierającym marszałku i w uzgodnieniu z jego żoną postanowił posłać po księdza Korniłowicza, ażeby ten był obecny przy ostatnich chwilach Józefa Piłsudskiego: „Nikomu nic nie mówiąc, pojechał w niedzielę ostatnią przed śmiercią marszałka do Lasek i porozumiał się z Korniłowiczem, iż gdy będzie chwila bliska skonu, przyśle po niego auto (…)” – wspominał ten fakt L. Krzywicki i wspomnienie to jest zgodne ze świadectwem samego ks. Korniłowicza.
Księdza Korniłowicza można – parafrazując przydomek św. Andrzeja Boboli, nazywanego „duszochwatem” – również nazwać takim „duszochwatielem” w stosunku do naszych niewierzących, a na pewno niepraktykujących sanatorów, bo to on również udzielał ostatniego namaszczenia np. Waleremu Sławkowi, który popełnił samobójstwo, ale faktycznie zmarł dopiero kilka godzin po strzale – w szpitalu. Co pisze o ostatnich chwilach Piłsudskiego sam ks. Korniłowicz, wyjaśnia jego oświadczenie wysłane do biskupa Sapiehy, który go o takie oświadczenie poprosił. Pismo to znajduje się w tzw. Księdze Sapieżyńskiej, którą można poczytać praktycznie w każdej czytelni/bibliotece uniwersyteckiej. Ks. Korniłowicz pisze wyraźnie, że zastał Piłsudskiego nieprzytomnego, ale żyjącego, bo „ciężko oddychał”. Umierającemu wstrzyknięto jeszcze koraminę i po pewnym czasie ks. Korniłowicz odniósł – jak pisze – wrażenie, że Piłsudski, „dotąd nieruchomy”, „zareagował na widok księdza lekkim poruszeniem się”. Tylko tyle i aż tyle. Nieprawdą więc są bajdurzenia piłsudczyków o jakichś świadomych gestach Piłsudskiego – nieprawdą są też jednak twierdzenia, jakoby ksiądz Korniłowicz udzielał sakramentów zwłokom Marszałka.
Nieprawdą jest również, jakoby biskup Sapieha jakoś bardzo sprzeciwiał się pochówkowi na Wawelu (we wspomnianej Księdze Sapieżyńskiej jest na tę okoliczność pro memoria samego kardynała, gdzie analizuje „za” i „przeciw” swojej decyzji – nota bene z owego pro memoria wynika, że również Sapieha uwierzył wtedy w to, że staliśmy się za Marszałka „mocarstwowi”); sporne było jedynie miejsce pochówku i na tym tle doszło, ale dopiero dwa lata później, do słynnego „konfliktu wawelskiego”. Piszę o tym, gdyż wprowadzając do tekstu elementy nieprawdy lub insynuacji, podważa się wiarygodność całego wywodu i daje do ręki argumenty różnym bajarzom i haggadystom. Dlatego apeluję: więcej precyzji.

REKLAMA