Plajta Detroit. Klęska amerykańskiej lewicy

Opustoszałe urzędy, porzucone fabryki, zamknięte szkoły i szpitale. Przestępcy szalejący na ulicach i ludzie pijący na umór w swych domach. Amerykańskie Detroit nie płaci swych długów. Dlatego ogłoszono jego bankructwo. To największa plajta w historii USA.

Jeszcze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku Detroit tętniło życiem. Gospodarczo kwitło. Było jednym z najbogatszych amerykańskich miast. Słusznie uchodziło za kolebkę amerykańskiego przemysłu samochodowego. Potęgę zawdzięczało gigantom motoryzacyjnym. To właśnie tutaj Ford, General Motors i Chrysler miały swe kwatery główne, fabryki i montownie. Panowało tu najmniejsze bezrobocie, a ludzie mieli jedne z najwyższych zarobków w Ameryce. Było znaczącym ośrodkiem kultury i muzyki. Ikoną nowoczesnego kapitalizmu. To także amerykańskie miasto o wielkiej polskiej tradycji, pełne polskich kościołów. Jeszcze w XIX wieku do tutejszych fabryk masowo migrowali chłopi z Galicji i Poznańskiego.

Niestety, w chwili swej największej świetności miasto wpadło w łapy skorumpowanych Demokratów i równie skorumpowanych działaczy związkowych. Efekty takiego sojuszu były łatwe do przewidzenia. Dziś nie ma tu wielkiego przemysłu, a 35 procent miasta nie nadaje się do zamieszkania. To, że Detroit upadło dopiero po prawie 40 latach, świadczy wyłącznie o byłej zamożności tego miasta. Demokratyczno-związkowa mafia okradła miasto do przysłowiowego ostatniego centa. Ratuszowi pozostawiono wyłącznie zobowiązania płatnicze dochodzące do 14 miliardów dolarów! Symbolem złodziejstwa, przekupstwa i wyłudzania pieniędzy stał się Kwame Kilpatrick, były burmistrz Detroit (w latach 2001-2008). Nim wyrzucono go z ratusza, zdefraudował 850 tysięcy dolarów.

Bastion zbrojeniówki

W latach II wojny światowej Detroit było prawdziwym obrońcą demokracji zachodniej. To z taśm tutejszych montowni zjeżdżały czołgi i samoloty, które rozjeżdżały gąsienicami i ostrzeliwały z powietrza hitlerowskie Niemcy i Japonię. A fabryki zbrojeniowe nieprzerwanie dostarczały milionów ton amunicji. Paradoksalnie jednak to dawni wrogowie wzięli skuteczny odwet. Założone prze japońskie koncerny samochodowe fabryki w Ameryce dorżnęły przemysł motoryzacyjny w Detroit. Upadek przemysłu dobił miasto. Bo gwałtownie spadła też wartość nieruchomości i miasto traciło dochody. Rosnąca przestępczość przegoniła też najbogatszych mieszkańców, którzy masowo poprzenosili się do wianuszka satelitarnych miasteczek otaczających Detroit. Wraz z nimi uciekły też pieniądze płacone przez nich w podatkach. Miasto skurczyło się. Z przeszło 2 milionów mieszkańców pozostało niecałe 700 tysięcy. W 83 procentach są to Murzyni (Afroamerykanie), a 36 procent z nich żyje poniżej granicy ubóstwa. Co piąty mieszkaniec miasta nie ma pracy. A na jednego zatrudnionego w Detroit przypada prawie dwóch emerytów. Wiele dzielnic jest kompletnie zdewastowanych. Dosłownie rozsypuje się większość z 10 tysięcy opuszczonych lub porzuconych domów. Straszą odpadającymi tynkami, pustymi oczodołami wyrwanych drzwi i okien, wąwozami zapadłych klatek schodowych.

Niestety koszty działania służb miejskich nie malały. Corocznie Detroit wydawało o 100 milionów dolarów więcej, niż wynosiły jego dochody. Wcześniej czy później to musiało się skończyć. Największe miasto stanu Michigan usiłowało się ratować. Władze miejskie poszukiwały oszczędności w każdym możliwym obszarze. Ale tam, gdzie potrzebne były drastyczne cięcia, wprowadzono tylko drobne zmiany. Na przykład pozamykano parki miejskie, a na ulicach miasta nie były wymienianie przepalone żarówki, tak że ostatnio nie działało już 40 procent oświetlenia ulicznego. Często bywało również tak, że policjanci nie odbierali telefonów z wezwaniami, a jeśli już odebrali, to średni czas czekania na interwencję wydłużył się do 58 minut.

Ale ile dzięki tym półśrodkom można było zaoszczędzić. Deficyt budżetu Detroit w tym roku oszacowano na 380 milionów dolarów. Nie było z czego finansować policji, straży pożarnej, szpitali.

Komisarz na ratunek

W marcu gubernator stanu Michigan Rick Snyder powołał Kevyna Orra jako specjalnego komisarza ds. zarządzania kryzysowego. Miał on doprowadzić do restrukturyzacji długu miasta, a raczej odraczać jak długo tylko można egzekucję komorniczą. Tliła się iskierka nadziei. Bo w podobnej sytuacji znalazło się także Buffalo. A tam, choć miasto kompletnie podupadło, udało się uniknąć ogłoszenia bankructwa. W Detroit akcja ratunkowa jednak się nie powiodła. W ubiegły czwartek Orr bezradnie rozłożył ręce. Skapitulował. Nie udało mu się osiągnąć porozumienia z wierzycielami. Gubernator Snyder pogodził się z porażką Orra. – Realia fiskalne Detroit były ignorowane przez zbyt długi czas. Miasto nie jest w stanie zabrać z podatków wystarczającej ilości pieniędzy. Sytuacja tylko by się dalej pogarszała – oświadczył o finansowym upadku miasta podczas specjalnej konferencji prasowej.

Gubernatorowi Snyderowi specjalnie nie zależało na obronie miasta. Ochoczo złożył stosowne dokumenty o bankructwie w sądzie federalnym. I dosłownie o kilka minut uprzedził zarządzenie własnego sądu stanowego, który chciał go zablokować. Oczywiście sędziowie z Detroit nie działali z jakiejś nadmiernej miłości do rodzinnego miasta. Ich motywacja byłą bardziej przyziemna. Sędziowie, policjanci, urzędnicy, a nawet nauczyciele publiczni ulokowali po prostu swoje pieniądze w lokalnych, miejskich kasach emerytalnych. Gdy ogłoszona zostanie plajta Detroit, owe kasy zostaną zablokowane, a więc będą niewypłacalne.

Ogłoszenie bankructwa po formalnym zaaprobowaniu przez sąd federalny oznaczać będzie, że to sąd zadecyduje, ile długu zostanie miastu umorzone i jak duże straty poniosą kredytodawcy

Krach, bankructwo, plajta. Czy mieszkańcom Detroit pozostanie tylko czarny scenariusz? – Może jesteśmy bankrutami w sensie monetarnym, ale jesteśmy bogaci duchowo. A to sprawi, że dobre czasy jeszcze powrócą – deklaruje urodzona w Detroit Aretha Franklin. „Królowa soulu” jest pewna, że pod nowym, dynamicznym i nieskorumpowanym kierownictwem miasta, przy wsparciu Wielkiej Trójki (motoryzacyjne koncerny Ford, General Motors i Chrysler) i dzięki ciężkiej pracy całego sektora prywatnego miasto rychło wróci do dawnej świetności. Ekonomiści nie są aż tak niepoprawnymi optymistami. Ich zdaniem, sanacja w Detroit da efekty dopiero za jakieś 50-100 lat.

Reklama / Advertisement

Comments are closed.