Wojenka Rosji z Holandią. Konflikt z postępem w tle

Rosja zawdzięcza Holandii m.in. znakomitych fachowców ściągniętych przez Piotra I wraz ze szkutniczym know-how, flagę Królestwa Niderlandów – jedną z najstarszych w Europie – także przez tego samego cara ściągniętą i po drobnej przeróbce nadaną własnej marynarce (a później upaństwowioną), dzielnych mennonitów, którzy z Żuław trafili na Ukrainę, potem zaś kolonizowali m.in. Azję Środkową i Daleki Wschód, stawiając na nogi rosyjskie rolnictwo oraz przemysł, trenera Gussa Hiddinka, który z kolei postawił na nogi rosyjski futbol, i oczywiście Annę German. Bilans wzajemnych zapożyczeń jest dla Hagi drastycznie ujemny, bo wychodzi na to, że gdyby Rosja nie istniała (ach, marzenia!…), miałoby to raczej niewielki wpływ na deltę Renu, ale za to bez Holandii największe państwo świata byłoby wyraźnie uboższe.

Rosjanie niechętnie przełykają wypominanie im, co przejęli – w wypadku rozmaitych dóbr materialnych „przejęli” to oczywiście gruby eufemizm – z zagranicy, ale w tym wypadku fakty są jak wół. To przecież w amsterdamskiej stoczni jedyny władca płci męskiej w dziejach Rosji, któremu nadano przydomek Wielki, harował formalnie jako gastarbeiter, aby po latach we własnej stolicy wybudować Nową Holandię. Tę ciekawą dzielnicę Sankt Petersburga zrujnowali bolszewicy, uwielbiający trąbić, jak to właśnie oni pomagają całemu światu („cały ryż wysyłamy do Chin, cały cukier na Kubę” – kpił z tej „pomocy” Benedykt Jerofiejew). Holandia nie ucierpiała od braterskiego wsparcia ze strony wielkiego przyjaciela wszystkich narodów, ma bowiem to szczęście, że znajduje się dotychczas poza strefą bezpośrednich wpływów Moskwy. Oba państwa nie starły się też w jakichś większych konfliktach, bo gdy Rosja rosła w siłę, złoty wiek imperium holenderskiego właśnie przemijał. Wojska rosyjskie wkroczyły wprawdzie do Niderlandów podczas wojen napoleońskich, ale za to po upływie stulecia z okładem Gerard Mooymann, ochotnik z legionu niderlandzkiego, otrzymał Krzyż Rycerski niemieckiego Żelaznego Krzyża za zniszczenie piętnastu sowieckich czołgów w ciągu dwóch dni, co w gruncie rzeczy także można uznać za pewną formę cywilizowania Rosji przez Holendrów.

I po co się wtrącali?

Na dobrą sprawę tym razem zaczęli Holendrzy. Zamiast postukiwać wdzięcznie swoimi sabotami, pić kakao, kręcić wiatraki i sadzić tulipany na polderach, sąsiedzi rosyjskiego wiceambasadora Dymitra Borodina zadzwonili na policję, bo dyplomata ze Wschodu wydzierał się na własne dzieci. Wbita do głów przez postępowców czujność donosicielska zadziałała bezbłędnie u potomków tych, których dawni mistrzowie niderlandzcy portretowali jako głowy patriarchalnych rodzin. Obrazy Rembrandta, Rubensa, van Dycka i innych wybitnych malarzy mogą teraz podziwiać moskwianie na wielkiej wystawie otwartej w ich mieście jako jedno z wydarzeń trwającego właśnie Roku Holandii w Rosji. Niestety, współcześni Holendrzy nie pozostali wierni zasadom swoich protoplastów, choć Biblia jasno poucza o prawach ojca, jak świadczy historia jednego z synów Noego, o przygodzie małoletniego Izaaka na górze Moria już nie wspominając. Tymczasem hiperprzeczuleni na punkcie przemocy rodzinnej poddani Wilhelma Aleksandra, słysząc wrzaski w słowiańskim języku, od razu ściągnęli stróżów porządku. Ci natomiast weszli do rezydencji Borodina, trochę potarmosili brutalnego Rosjanina i zawieźli go na komisariat, potrzymali tam parę godzin, a potem wypuścili. Tego samego dnia Włodzimierz Putin zażądał przeprosin od rządu holenderskiego oraz ukarania winnych „naruszenia konwencji wiedeńskich”. Haga poczęła się sumitować, ale mleko (nomen omen, o tym jednak za chwilę) zostało już rozlane.

Orientalne metody wychowawcze

Tydzień po oburzającym incydencie w Hadze napadnięto na holenderskiego dyplomatę w stolicy Rosji. Dwóch typków udających elektryków schwytało na klatce schodowej sześćdziesięciolatka Onno Elderenboscha, radcę ambasady Królestwa Niderlandów, wepchnęło do jego własnego mieszkania, a tam zrobiło z niego latającego Holendra. Napastnicy podobno byli zamaskowani – pracownicy służb komunalnych w Rosji, wzorem innych służb, z pewnością pospolicie noszą maski, chyba tylko po to, aby zachować skromną anonimowość wobec wdzięcznych za ich poświęcenie mieszkańców. Dyplomata został lekko poraniony, a później skrępowany, ale teraz już czuje się dobrze. Z jego mieszkania nic nie zginęło, nawet przeciwnie – oprawcy Elderenboscha narysowali na jego lustrze różową szminką serduszko z napisem LGBT.

Nie wiem, czy pobity Holender jest praktykującym członkiem środowiska mniejszości seksualnych, ale nie ma to w gruncie rzeczy większego znaczenia, bowiem dla przeciętnych Rosjan jewropejcy to w większości geje, co jest zasługą intensywnie uprawianej w Unii Europejskiej homopropagandy. Trudno sobie wyobrazić głębię pogardy, jaką darzą nas w związku z tym zdrowo myślący Rosjanie, pośród których wprawdzie również zdarzali i zdarzają się zwolennicy praktyk LGBT, ale lud rosyjski oraz jego rozumni w tym akurat wypadku przywódcy nie widzą najmniejszego powodu, aby afirmować publicznie to wstydliwe zjawisko.

Pobicie holenderskiego dyplomaty (tej samej rangi co Borodin) to klasyczny przykład niepisanej rosyjskiej doktryny wyrównywania rachunków. Gdy w 2005 roku w Warszawie dostały po uszach dzieci pracowników Ambasady Federacji Rosyjskiej, w Moskwie niebawem poturbowano dwóch wysłanników polskiego MSZ, kierowcę konsulatu oraz dziennikarza. Na poziomie rękoczynów Kreml stosuje więc regułę ekwiwalentności, interesujące jednak, jaki odwet przewiduje władca Rosji na przykład za polityczne wspieranie na skalę międzynarodową wrogów Rosji, powiedzmy, w Tbilisi?

Napięcie pomiędzy Moskwą a Hagą podgrzewa ponadto sprawa aresztowania pływającego pod holenderską banderą statku „Arctic Sunrise” na Morzu Barentsa. Niewykluczone, że pojmani przez Rosję aktywiści Greenpeace’u pozostaną w tym ogromnym kraju na dłużej – także w okolicach, których charakter prawdopodobnie znacząco wzbogaci ich wiedzę ekologiczną.

Stara śpiewka

Poza rękoczynami kremlowscy macherzy uruchomili od razu zgrany spektakl, na który patrzeć już i hadko, i nawet nudno. Już bowiem nazajutrz po incydencie z rosyjskim dyplomatą Sergiusz Dankwert, szef Rossielchoznadzoru, czyli kontroli weterynaryjnej wymierzonej w produkty spożywcze importowane do Rosji – ten sam, który przed dwoma miesiącami znowu straszył polskie świnie, że zabroni im wjazdu na terytorium Federacji – zarzucił całkiem poważnie uchybienia dostawcom produktów mlecznych z Holandii. Jego zdaniem, weterynarze holenderscy wcale nie badają wysyłanego na Wschód mleka i jego pochodnych, a tylko podpisują dokumenty. Jest więc oczywiste, że z Holandii do Rosji trafia nabiał wadliwy, który może zagrażać zdrowiu małych i dużych poddanych Putina. Doprawdy, ta troska o własnych obywateli jest rozczulająca. Rosjanie jedzą, jak wiadomo, jedynie produkty najwyższej jakości, ekologiczne, a najlepiej BIO, na co pozwala im powszechny dobrobyt panujący od Smoleńska po Kamczatkę. W ostatniej dekadzie Moskwa prowadziła wojny spożywcze z Polską (mięsna i owocowa), Gruzją, Mołdawią (wojny winne), Stanami Zjednoczonymi (drobiowa), Ukrainą (serowa), Białorusią i ostatnio Litwą (wojny mleczne), a embargiem na wołowinę szantażowała Francję. Teraz przyszła kolej na Holandię. Okoliczność, że krowy w Holandii nierzadko hodowane są w warunkach przewyższających pod względem sanitarno-higienicznym te, w jakich mieszka wielu Rosjan z prowincji, nie ma naturalnie nic do rzeczy. A także i to, iż właśnie bydło holenderskie posłużyło do uszlachetnienia odmian rosyjskich, na przykład popularnej i bodajże najcenniejszej na Wschodzie rasy chołmogorskiej. Oczywiście Dankwert i jego dyżurne służby w razie potrzeby gotowi są publicznie przysięgać, że Holendrzy nie wiedzą, jak prawidłowo wyrabiać należy ser Gouda.

Rossielchoznadzor wziął się z kopyta za weryfikację holenderskich importerów. Ich lista zostanie aktualizowana, czyli faktycznie okrojona. – Sama chęć dostarczania produktów do Federacji Rosyjskiej nie oznacza, że dany importer z Holandii zostanie ujęty w tym spisie – zagroził Dankwert. – Decyduje spełnienie rosyjskich wymogów weterynaryjnych i sanitarnych – dorzucił obłudnie.

Wesołek (a niech mu już będzie!) Onno Elderenbosch oberwał i zapewne z tego powodu trochę posmutniał, a wcale nie powinien! Najprawdopodobniej jego męczeństwo oraz sińce mieniące się tęczowymi odcieniami posłużą dobrej sprawie. Rosja raz jeszcze pokazała, czym jest naprawdę, a nauczkę tym razem otrzymała nacja po uszy grzęznąca w bagnie lewackiej demoralizacji. Na dłuższą metę tylko twarda (i bolesna) konfrontacja zwróconego ku urojonym ideom pięknoduchostwa współczesnego Zachodu ze światem realiów może sprawić, że społeczeństwa Europy otrząsną się z lewicowych złudzeń i mrzonek. Natomiast w krótszym dystansie czasowym „poprawnym” politykom zachodnim Kreml zademonstrował dobitną lekcję, że usiłująca stroić się w demokratyczne piórka Rosja jest tak naprawdę azjatycką strapią, a jeśli w ogóle uznaje ona jakieś prawa i zasady, to raczej takie zaczerpnięte z kodeksu Hammurabiego. No i prześladuje przy tym ruch LGBT, co jest przecież dzisiaj chyba najcięższym kamieniem obrazy dla postępowych oszołomów.