REKLAMA

Miało być z wyboru, tak jak „gender”, który rzekomo sobie wybieramy, lecz w rzeczywistości jest z przymusu, nie tylko politycznej poprawności, ale również z racji państwowych przepisów. Z przymusu musimy obsługiwać LGBT. Na razie nie seksualnie. Ale po kolei.

Patrick Henry College, w którym uczę stosunków międzynarodowych jako adiunkt, nie bierze pieniędzy podatnika (tzw. państwowych). Utrzymuje się – jak i nasza uczelnia, czyli The Institute of World Politics, a także Hillsdale College, Christendom College i kilka innych szkół wyższych – wyłącznie z datków dobrych ludzi. Czesne nie wystarczy. Jest to pozytywne przede wszystkim dlatego, że budujemy tym sposobem solidarność ludzi podobnie myślących, odwołujących się do wartości tradycyjnych. Nasi darczyńcy zaś mają instytucję, której ufają i w którą inwestują dla dobra kraju i przyszłych pokoleń. Rozumieją doskonale, że edukacja jest najlepszą inwestycją, bowiem żaden totalista nie ukradnie nam wiedzy z głowy. Jest ona tam permanentnie umieszczona. Jest to jedyna chyba tego typu wartość, która znika dopiero w wypadku śmierci bądź niektórych obłożnych chorób. Inwestycja w jednostkę, szczególnie zdolną, jest najważniejsza dla rozwoju społeczności lokalnej, narodu, ludzkości.

REKLAMA

Drugą pozytywną wartością nieprzyjmowania pieniędzy podatnika jest to, że nie trzeba martwić się tym, kto jest u władzy i kto pieniądze te rozdaje. Po prostu nie trzeba słuchać państwa, co jest niezwykle ważne w dobie miażdżenia wolności na każdym kroku poprzez federalne i stanowe regulacje. Ktokolwiek dorywa się do władzy, dysponuje pieniędzmi podatnika jak swoimi i stara się ich używać w celach inżynierii społecznej.

Istnieje tendencja, aby popierać tzw. swoich oraz ich rozmaite pomysły, które raczej nie wygenerowałyby się spontanicznie w warunkach wolnego rynku. A takim pomysłem jest LGBT. Wyrosło to badziewie na gruncie egalitaryzmu, a zawłaszczyło sobie slogany praw człowieka. Jak wszystko ma być równe, to również seks analny. I trzeba zrobić z tego cnotę, aby było godnie. Tego wymaga tolerancja i sprawiedliwość społeczna.

Gdy przyjmie się pieniądze podatnika, to trzeba zaakceptować regulacje federalne o „tolerancji” i „niedyskryminacji”. Czyli na przykład stworzona przez ludzi religijnych i patriotycznych uczelnia musi zgodzić się na działalność na jej terenie organizacji i jednostek, których preferencje i praktyki są zaprzeczeniem fundamentalnych idei i wierzeń, na podstawie których ta naukowa placówka została utworzona. Tym sposobem gwałci się wolność religijną i wolność wyboru – jest tylko ideologia LGBT.

Przyjęcie pieniędzy podatnika równa się bowiem przyjęciu reguł podważających misję i sens istnienia uczelni odwołującej się do wartości tradycyjnych. I Patrick Henry College to rozumie. Stąd nie bierze kasy podatnika i nie ma LGBT. I wydawałoby się, że można by zostawić uczelnię w spokoju. Po pierwsze – jest na wsi, z dala od trzęsących kulturą miast. Po drugie – trzyma się na uboczu, jak przystało na konserwatywny inkubator. Po trzecie – jest przecież jednym z niewielu wyjątków w USA, gdzie nie ma postnowoczesnych obrzydlistw.

Niestety tolerancjoniści nikomu nie przepuszczą. Jakiś czas temu na kampusie zjawili się aktywiści LGBT. Chcieli założyć własną organizację. Zostali popędzeni. W końcu PHC to prywatna instytucja i prywatna własność. Poza tym w college’u nie było chętnych do LGBT, stąd desant z zewnątrz.

Po desancie przyszła prowokacja. Po pierwsze – założono anonimową witrynę internetową, której blogerzy udają, że są „wesołkowatymi” i prześladowanymi studentami PHC. Rozpisują się o „wesołkowatych” fantazjach. Na początku kierownictwo PHC się wściekło i chciało podać do sądu, ale zaraz się zreflektowano i machnięto ręką. Druga prowokacja objawiła się w formie tolerancjonistycznej dziennikarki z Niemiec, która udała, że jest kandydatką na studentkę, i bodaj w „Der Spiegel” opisała gniazdo obskurantyzmu, wyszydzając aspirujących do studiów w tej placówce oraz jej twórców i studentów-ambasadorów. Tolerancjonistom bardzo przeszkadza fakt, że do PHC uczęszcza Miss America. Jest naturalnie konserwatywna. I LGBT nie złożą broni, dopóki tego wszystkiego nie da się zmienić i podciągnąć pod jeden strychulec. Naturalnie w imię tolerancji i otwartości.

Z całej Ameryki napływają wieści o wymuszaniu „tolerancji” na tych, którzy czują dyskomfort, jeśli chodzi o terror LGBT – szczególnie na ludziach, którym ich wiara dyktuje, że nie należy wspierać zjawisk będących contra natura. I w wielu wypadkach śmierdzi to prowokacją.

Weźmy tzw. wesołkowate małżeństwa bądź związki partnerskie, które stają się legalne w wielu stanach USA. Jak ślub, to przyjęcie musi być. Państwo „wesoło”-młodzi naśladują dokładnie przygotowania heteryków. Wynajmuje się salę, zaprasza gości, kupuje ciuchy, zamawia tort, fotografa, jedzenie. Tych z kasą stać na koordynatora, który zajmuje się wszystkimi szczegółami. Inni starają się wszystko zgrać samemu, wręcz sprawia to młodym – szczególnie pannom młodym obojga płci, lecz wybranego na obecną chwilę genderu – frajdę, gdy wszystko się zamawia osobno, wszystko ma pasować.

Ale trafiają czasami na trudności. Niektórzy rzemieślnicy i drobni przedsiębiorcy nie chcą „wesołków” obsługiwać. Rozlega się wówczas ryk: „Dyskryminacja!”. Kontrargument jest taki: pieniądze nie śmierdzą, ale każdy ma prawo odmówić zarabiania pieniędzy na interesie, który człowiekowi się nie podoba czy nie pasuje. W końcu to właściciel sklepu może zdecydować, że nie będzie sprzedawać towarów jakiemuś klientowi. Konsekwencja jest taka, że zarobi mniej pieniędzy. Jest to jego racjonalny wybór. Towary i usługi są przecież jego i on je oferuje z własnej, nieprzymuszonej woli. Jest to jego (czy jej) wybór, aby nie oferować swoich towarów czy usług w określonych warunkach. Na tym właśnie polega wybór, czyli wolność.

Tak samo LGBT czy każdy inny może odmówić wydawania swoich pieniędzy w przedsiębiorstwach, które nie są przyjaźnie nastawione do tego typu klientów. Jest przecież bardzo wiele interesów, szczególnie dużych firm, gdzie nie funkcjonuje właściwie żaden imperatyw moralny, a podstawowym zadaniem takiej instytucji jest zarobić jak najwięcej kasy. Czyli LGBT mogą sobie iść gdzie indziej. Nie muszą koncentrować swego gniewu na małych, tradycjonalistycznych przedsiębiorstwach.

Otóż muszą, muszą. Małe przedsiębiorstwa są zwykle ostatnią ostoją tradycji, podporą społeczności lokalnej. Zniszczenie ich nauczy innych moresu. Wymusi zmianę norm lokalnych. Nikt nie ośmieli się handlować towarami czy usługami według własnego widzimisię, o ile to zakłóca triumfalny marsz LGBT. Nikt nie ośmieli się stanąć w obronie „kabotynów”. Zresztą niszczenie małych uczy też szacunku te większe przedsiębiorstwa, które wciąż ośmielają się stawiać się tolerancjonistom. Za jednym zamachem nie można przecież rozwalić takich gigantów jak Chick-fil-A. Próbowano niedawno tę firmę kanapkarską zbojkotować, ale zwolennicy normalności zrobili kontrbojkot i wyznającą tradycjonalistyczną definicję małżeństwa sieć szybkiego jedzenia dosłownie oblężono, napełniając jej sejfy dodatkowymi zyskami.

Nota bene LGBT przecież może sobie do woli bojkotować tych, których nie lubi. Tak jest prawidłowo. Gdyby ktoś nie chciał mnie obsługiwać, bo jestem heterykiem, białym, katolikiem, Polakiem czy Amerykaninem, to przecież olałbym taki kram, a moich bliskich i przyjaciół ostrzegał przed taką firmą. Ale ani bym nie napraszał się łzawo, udając ofiarę, aby mnie obsługiwano, ani bym zawistnie nie niszczył procesami sądowymi. Najpewniej poszedłbym do innego przedsiębiorstwa albo założył własne czy przynajmniej zachęcił do powstania takiego swojskiego, które konkurowałoby na wolnym rynku z instytucją odmawiającą mi towarów czy usług. Pobicie takiej firmy w wolnej konkurencji byłoby najsłodszym zwycięstwem.

LBGT odrzuca takie podejście. Tak jak w przypadku PHC, stosuje prowokacje i zemstę. „Wesołkowaci” aktywiści twierdzą, że chodzi o „godność”, „równość” i „tolerancję”. W rzeczywistości chodzi o poniżenie tradycjonalistycznego przeciwnika, specjalne przywileje oraz aprobatę dla „wesołkowatych” praktyk. Wszystkich przeciwników tak pojętego „wyboru” poddaje się terrorowi ekonomicznemu i prawnemu. Oto garść przykładów. W Albuquerque, w Nowym Meksyku, Jonathan i Elaine Huguenin, właściciele studia fotograficznego Elane, odmówili przyjęcia zlecenia na obfotografowanie „ślubu” lesbijek. Państwo Hugueninowie uznali, że byłoby to aprobatą dla „wesołkowatości”. Lesbijki się wkurzyły, zaczęły udzielać histerycznych wywiadów, co spowodowało straty przez ubytek klienteli (kto chce być fotografowany u „bigotek” i „kabotynów”?), a następnie podały właścicieli studia do sądu. Sędzia uznał, że decyzja pp. Hugueninów naruszyła prawo stanowe przeciw dyskryminacji. Lesbijki triumfują. Teraz będzie decydować Sąd Najwyższy.

W Lakewood, w stanie Colorado, piekarz Jack Phillips kilkakrotnie odmówił wypiekania tortów na „wesołkowate śluby”. Jeden z „wesołków” podał go do sądu. Phillips podkreśla, że wcale nie chodzi o „nienawiść do gejów”, lecz o to, że „pragnę wieść życie w posłuszeństwie Bogu i jego Słowu”.

W Oregonie Aaron i Melissa Klein uprzejmie odmówili lesbijkom wypieku tortu na „ślub”, tłumacząc się swą wiarą chrześcijańską. Zanim tolerancjonistki podały ich do sądu, rozpoczęto bojkot i prowadzono przeciw pp.Kleinom cyberwojnę: „Ty głupia, wywijająca biblią, hiporytyczna suko, mam nadzieję, że twoje dzieciaki się bardzo pochorują, a ty zbankrutujesz”. Kleinowie stracili sklep i przenieśli wypieki do domu. Już nie pracują razem, a mąż musiał znaleźć inną pracę. Nie pomogło, że właściciele piekarni bez problemu obsługiwali „wesołków” w każdym innym wypadku – gdy chodziło np. o urodziny czy święta. Odmówili tylko na „ślub”. W stanie Oregon „wesołkowate śluby” nie są nawet legalne. Ale LGBT przebiera nogami i wymusza uległość wszędzie.

W Richland, w stanie Waszyngton, kwiaciarka Barronelle Stutzman, która bez problemu obsługuje „wesołków”, odmówiła przygotowania bukietu na „ślub”. Skutki były przewidywalne: bojkot, ataki, proces. Jej prawnik powiedział: „jest wielu kwiaciarzy, którzy mogliby przygotować aranżacje na ślub jednopłciowy (…) stan nie ma dobrego powodu, aby naruszać jej wolność sumienia”.

Oczywiście, że ma – tolerancjonizm. I LGBT nigdy się nie opanuje, dopóki nie weźmie wszystkiego. Tymczasem na horyzoncie pojawił się nowy cel. W pięciu bodaj uczelniach wyższych (Texas A&M, University of Nebraska-Lincoln, Troy University, Florida Institute of Technology in Melbourne i University-Kingsville) powstały bursy dla studentów religijnych, w tym sponsorowane głównie przez Kościół katolicki. W Newman Centers nie ma koedukacyjnych łazienek ani pokoi. Nie ma pozwolenia na bzykanie się, picie i narkotyzowanie się. Ani na LGBT. Na takie bezeceństwo dyktatura przyjemności długo nie pozwoli.

REKLAMA