REKLAMA

Skandal wokół osoby Edwarda Snowdena – byłego pracownika amerykańskiego wywiadu, a obecnie uciekiniera ukrywającego się w Rosji – pozostanie z nami w przewidywalnej przyszłości. Z jednej strony ma on wielki wpływ na atmosferę wewnątrz amerykańskiego imperium, a z drugiej strony napędza w rozmaity sposób antyamerykanizm na całym świecie. Warto przyjrzeć się tej aferze, jak również społeczeństwu amerykańskiemu i szkodom wyrządzonym bezpieczeństwu narodowemu. Zastanówmy się nad kwestią szpiegowania oraz zadajmy pytanie: czy Snowden miał rację?

Każdy Amerykanin ma prawo do sprzeciwu. Można uważać działania Snowdena nawet za uprawnione, szczególnie gdy uznaje się USA za imperium zła pełznące w stronę miękkiego totalitaryzmu. Według tej lewacko-populistycznej narracji, swym duszącym mechanizmem państwowym Ameryka gwałci prawo naturalne, promując patologie u siebie i za granicą, prześladując swych obywateli oraz narzucając cudzoziemcom swe globalne scenariusze inżynierii społecznej, które urągają ich cywilizacjom. Gdy napotyka sprzeciw, Waszyngton najeżdża inne kraje militarnie albo w inny sposób szerzy gwałt i destabilizuje świat. Choć u siebie Ameryka pozostaje konstytucyjną republiką, jej zachowanie poza własnymi granicami odzwierciedla wolę jej ludu, którą spełniają wybieralni przedstawiciele, często wbrew woli innych ludów. W takiej narracji Ameryka jawi się jako dość ohydny kraj. A Snowden albo jest przeciwny Ameryce w całym jej pięknie czy brzydocie, albo przeciwstawia się formom, które wyodrębniły się ostatnio z naszego systemu. To drugie podejście jest uprawnione.

REKLAMA

Dla niektórych to zdrada

Jednak nie mamy żadnych dowodów na to, że Snowden wierzy w prawo naturalne i potęgę kontynuowania tradycji. Możemy założyć wręcz, że jego czyn nie wynikał z chęci obrony prawa naturalnego. Wygląda raczej na to, że zaszokowała go przepaść między pseudoidealistyczną retoryką obecnego rządu amerykańskiego a twardą rzeczywistością praktyki władzy, a szczególnie sztuki wywiadowczej. Innymi słowy: albo nasz uciekinier jest infantylny, albo jest najemnikiem – co sugerują jego własne wpisy internetowe na blogach i komentarzach dotyczące możliwości sprzedania tajemnic USA. Obie ewentualności naraz też są możliwe: naiwny sprzedawczyk. W tym wypadku konserwatystom trudno znaleźć wiele pozytywnego w czynie Snowdena, nawet jeśli zgadzamy się co do korumpującego wpływu postnowoczesnego amerykańskiego kontekstu kulturowego na psychologię tego człowieka. Relatywizm moralny i destrukcja tradycyjnych standardów stanowią kiepski fundament dla młodych, zagubionych Amerykanów.

Nie ma ambiwalencji natomiast, jeśli chodzi o ocenę decyzji Snowdena, aby uciec za granicę i ujawnić amerykańskie tajemnice. To po prostu zdrada. Zdrada tym większa, że uciekł najpierw do Chin, a potem do Rosji. Chińczycy – wypompowawszy potrzebne informacje – pozbyli się go. Rosjanie bawią się zdrajcą i manipulują nami. Jego zdrada jest również dlatego tak drażniąca, że Snowden był zbyt tchórzliwy, aby zostać w USA i ponieść konsekwencje. Odwrotną postawę prezentował Daniel Ellsberg, który w czasie wojny w Wietnamie ujawnił tajne dokumenty z miejsca swojej pracy – Pentagonu. Ten czyn również bardzo zaszkodził bezpieczeństwu narodowemu. Ale Ellsbergowi udało się uciec sprawiedliwości dzięki sztuczkom prawnym, liberalnemu sądowi oraz klakierom w lewicowych mediach. Snowden przecież również mógł oczekiwać na podobne wsparcie. Mimo to uciekł.

Przedsięwzięcia aktywne

Jeden z najwyższych rangą oficerów wywiadu USA stwierdził, że sprawa Snowdena to największa katastrofa szpiegowska w historii Ameryki. To przesada. Dużo więcej zła uczyniła siatka Rosenbergów, która przekazała Stalinowi plany bomby atomowej. Ale jak powiedział nam emerytowany oficer CIA: „sprawa Snowdena musi być największym sukcesem przedsięwzięć aktywnych w sowieckiej i postsowieckiej historii”. Przedsięwzięcia aktywne (aktiwnyje mieroprijatija) to najbardziej ulubiona broń w czekistowskim arsenale, to wojowanie polityczne (political warfare) przeciwko wrogom za pomocą wszelkich środków oprócz przemocy. Jednym słowem: przedsięwzięcia aktywne to otumanianie wroga, łącznie z dyfamacją (Rufmord).

A Kreml naprawdę bawi się w zniesławianie USA, wykorzystując skarby, które Moskwie przekazał Edward Snowden. Jeden skandal goni drugi i tak będzie jeszcze dłuższy czas. Amerykańscy sojusznicy są zawstydzani albo pseudorewelacjami, że USA ich szpieguje (naprawdę? Państwa się podsłuchują nawzajem? To straszne!), albo – co jest poważniejsze – szczegółami ich ścisłej współpracy w zbieraniu informacji wywiadowczych wspólnie z Ameryką. Hiszpanie, Brytyjczycy, Izraelczycy i inni pozostaną na celowniku. Francuzi będą udawać święcie oburzonych. Niemcy spuszczą nos na kwintę. I to wszystko podcina pozycję Ameryki na świecie. Dlaczego? Dlatego, że tzw. społeczność międzynarodowa montuje sobie dobry humor polityczną poprawnością. Sztuka uprawiania władzy polega właśnie na utrzymaniu takiego miłego wizerunku na zewnątrz. Podskórnie natomiast interesem społeczności wywiadowczej jest spenetrowanie w tajny sposób, pod powierzchnią oficjalnej fasady stosunków międzynarodowych. Hipokryzja? Nie. To jest właśnie dbanie o bezpieczeństwo narodowe. Snowden wciąż tego nie pojmuje albo udaje, że tak jest.

Agentura?

Stąd trzeba spytać: czy zdrajca był rekrutowany przez Rosję lub Chiny na długo przed swą ucieczką? Nie sądzę, żeby tak było. Uważam, że wykluł się on z piwnicy swej mamy, z kiepskiej dyscypliny w szkole i z braku formalnej edukacji. To facet, który nie skończył szkoły średniej, bawił się w New Age via buddyzm oraz głosował na anarcholibertariańskiego neoizolacjonistę Rona Paula. W ten sposób jest on typowym przedstawicielem współczesnej Ameryki, gdzie uznajemy każdego za wyjątkowego, szczególnie siebie samego. Propaganda egalitarna podpowiada nam, że każdy chłopiec może stać się prezydentem, a jej nowoczesna, postmodernistyczna wersja podkreśla, że szczególnie wtedy, gdy sobie na to nie zapracował.

Wszystkim nam należy się wszystko. Domagamy się swych praw. Szydzimy sobie z obowiązków, bo odrzucamy starożytne cnoty, w tym lojalność i patriotyzm. Komputery powodują rzekomo, że wszyscy jesteśmy równi. Nasze zdolności, które rozwinęliśmy, bawiąc się grami komputerowymi, z łatwością przyniosą nam świetnie płatną pracę w CIA, NSA, a w końcu w Dell i Booze Allen Hamilton, na Hawajach naturalnie, czy też w innych firmach na kontraktach rządowych. Wystarczy wykazać się certyfikatem bezpieczeństwa. A ponieważ amerykańskie podejście do wydawania takowych jest równie egalitarne, istnieje kilka milionów takich certyfikatów – Snowden nie miał żadnych problemów, aby sobie taki wyrobić.

Niezakotwiczone pokolenie

Po 11 września Snowden zahaczył o instytucje bezpieczeństwa narodowego – kierowany idealistycznym odruchem. Niezdyscyplinowany i niezakotwiczony wstąpił do wojska i chciał „zabijać muzułmanów”. Ale złamał nogi podczas treningu. Przynajmniej tak twierdzi. Odwołując się do zasług rodziców (ojciec jest weteranem straży wybrzeża, a matka pracuje w sądzie), wcisnął się do CIA na fali łzawej sympatii i wydumanego szacunku. No i naturalnie jest geniuszem komputerowym. Przynajmniej tak sam twierdzi. Można nauczyć małpę strzelać z pistoletu, ale nigdy nie wolno stworzenia zostawiać bez nadzoru.

Jakim czarującym stworzeniem był Snowden, że wyłudził hasła do komputerów w pracy od co najmniej 20 swych przyjaciół, kolegów i współpracowników. Tym sposobem uzyskał dostęp do tajnych informacji. Zdradził kraj, ale najpierw zdradził przyjaciół. Czy nie istniały zasady regulujące dostęp do haseł? Zaraz, zaraz. Z pewnością przyjaciele Snowdena są również ofiarami tej samej postmodernistycznej postkultury, gdzie obowiązuje zasada „róbta, co chceta” i nic się nie liczy. Teraz im się dostało za swoje, bo nie byli czujni. I dobrze im. Szkoda tylko, że Ameryka ucierpiała z powodu ich braku wyobraźni.

Mimo wszystko nie dostało się wystarczająco środowisku, które zdrajcy pomagało: superbogatym postępowcom, liberalnym mediom głównego ścieku i anarchistycznym portalom. Może wtedy oni również poprosiliby o azyl w post-Sowiecji? Jeśli chodzi o cyberpiratów, powinniśmy zapytać, w jaki sposób cyberplatforma, która publikuje rewelacje Snowdena, jest wykorzystywana przeciwko USA? Przyznajmy bowiem, że WikiLeaks działa tak, jakby było wrogim wywiadem, który działa na korzyść wrogich agencji szpiegowskich oraz innych organizacji antyamerykańskich. Dlatego należy traktować ten portal jako zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego ze wszystkimi tego implikacjami. Ponieważ wierzymy w wolność, uznajemy, że faceci i facetki z WikiLeaks mają prawo publikować cokolwiek im przyjdzie na język, a potem dostać za to po łapach. Takie są konsekwencje. To samo dotyczy lewackich mediów. Wolność bez odpowiedzialności nie istnieje poza postmodernistycznym światem Snowdena.

WikiLeaks – wroga platforma zastępcza?

Jestem pewien, że – przynajmniej początkowo – WikiLeaks nie zostało stworzone przez obcy wywiad czy inne wrogie organizacje. Ale widać jak na dłoni, że ci, którzy Ameryce źle życzą, wykorzystują bogactwo informacji na tym portalu, aby zaszkodzić USA. Najpierw Al-Qaida wykorzystała informację od Bradleya „Chelsea” Manninga, aby eksterminować amerykańskich współpracowników w Iraku i Afganistanie. Teraz Moskwa zaciera ręce. „Rosjanie manipulują tym, co się publikuje, aby zmaksymalizować ból i cierpienia nasze oraz naszych sojuszników” – powiedział nam znajomy oficer CIA. Jednocześnie Włodzimierz Putin uwodzi lewackie i liberalne elity zachodnie, wspólnie dokopując USA. Implikacje tego są śmiertelnie poważne. Kreml ma zamiar osłabić albo nawet rozbić sojusz zachodni, aby Putin mógł reintegrować strefę postsowiecką pod wodzą Rosji. Koniec Estonii, ale niech żyje Snowdenowa zabawa rodem z New Age! Tak długo jak facet ma dobre samopoczucie, wszystko jest fajnie, nie?

Uciekinier wciąż odmawia uznania swych czynów za straszliwe zło. „Snowden prosi USA, aby przestano traktować go jak zdrajcę” – zachlipał z sympatią „The New York Times” (1 listopada br.).

REKLAMA