Słowacki wojewoda cierniem w oku europejskiej lewicy

Tego jeszcze w ćwierćwieczu postkomunistycznej Europy Środkowej nie było. Zatwardziały prawicowiec, nacjonalista Marian Kotleba, wygrał wybory samorządowe i został żupanem (wojewodą) regionu Bańskiej Bystrzycy na Słowacji.

36-letni polityk z południowej strony Tatr jest liderem ugrupowania Partia Ludowa Nasza Słowacja. Kotleba stał też na czele zdelegalizowanej bojówki organizującej marsze przeciwko mniejszości romskiej. Pod koniec listopada minionego roku wprowadził w osłupienie całą Słowację. Wygrał w cuglach wybory, pokonując całą demokratyczną koalicję. Uzyskał 55,5 procent głosów.

Nie stosuje politycznej poprawności Kotleba jest popularny, bo nie kryje się pod parasolem politycznej poprawności i nowomowy. Otwarcie mówi to, co myśli, a co inni słowaccy politycy boją się nawet pomyśleć. Niejednokrotnie podkreślał, że ceni na przykład Jozefa Tiso, prezydenta Słowacji z czasów II wojny światowej, który na dobre i na złe związał swój kraj z państwami Osi, gdy Hitler wsparł secesyjne dążenia Słowaków w państwie czechosłowackim. Jasno też wyrażał swą niechęć do „pasożytniczego” stylu życia Cyganów mieszkających na Słowacji, a także wobec roszczeń Żydów, które nie ominęły tego kraju. Nie należy się więc dziwić, że wprowadził w popłoch lewaków i postępowców wszelkiej maści, którzy w te pędy okrzyczeli go faszystą i zagrożeniem dla słowackiej demokracji.

Rozdrażnił też „Europejczyków”, mówiąc bez ogródek, że NATO to organizacja terrorystyczna i że będzie dążył do zaprzestania wysyłania słowackich żołnierzy na tzw. misje pokojowe. Jest za odrzuceniem euro i zamierza położyć kres wszelkiej współpracy z wydrwigroszami z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. A już deklaracje, że w razie dojścia do władzy jednym z jego priorytetowych celów będzie przywrócenie chrześcijańskich zasad jako podstawowego fundamentu narodu, zjeżyły włosy ateuszom nie tylko z Bratysławy, ale także Brukseli.

Zamknęli go, bo chciał chrześcijańskiej cywilizacji

Po urząd żupana w Bańskiej Bystrzycy Kotleba wystartował po raz wtóry. W 2009 roku wyraźnie nie przyszedł jeszcze jego czas. Poparło go wówczas zaledwie 10,03 procent głosujących. Ale to nie te marne wyniki przyniosły mu wtedy rozgłos. Na wiecu z okazji siedemdziesiątej rocznicy powstania państwa słowackiego wygłosił wówczas porywającą mowę, w której wezwał swych rodaków, by ponownie wzięli odpowiedzialność za swój kraj i by stali „na straży” chrześcijańskiej cywilizacji. Okrzyk podchwyciły tłumy, co tak przestraszyło władze, że Kotlebę z miejsca aresztowano i oskarżono o próbę „obalenia podstawowych praw i wolności obywatelskich”. Były to zarzuty szyte zbyt grubymi nićmi, więc szybko się z nich wycofano. Zaczęto jednak lidera Partii Ludowej Nasza Słowacja sądowo nękać za rzekomy rasizm, ksenofobię i nawoływanie do waśni narodowościowych, a to z uwagi na jego wypowiedzi o Cyganach jako o pasożytach, ludziach żerujących na państwie, nie garnących się do roboty, a jedynie wyłudzających dotacje i finansowe wsparcie. Spraw sądowych wytoczono mu kilkanaście, wiele razy był profilaktycznie zatrzymywany przez policję, ale ostatecznie za nic go nie skazano.

Zanim Kotleba zaczął się parać polityką, pracował jako nauczyciel w szkole średniej. Już wtedy nie ukrywał, że czerpie inspiracje z postawy księdza Józefa Tiso, który pełnił funkcję głowy państwa pierwszego państwa słowackiego od chwili jego powstania w 1939 roku aż po upadek związany ze zwycięstwem Aliantów i przywróceniem do politycznego bytu Czechosłowacji w 1945 roku. Księdza Tiso skazano na śmierć i stracono w 1947 roku. Kotleba nie raz, nie dwa nazywał ten wyrok zbrodnią sądową i z odrazą wypominał, że skazanemu odmówiono „szacunku kul plutonu egzekucyjnego, a powieszono na szubienicy niczym zwykłego gwałciciela”.

Pokonał koalicję

27 listopada 2013 nie miał najmniejszych problemów z pokonaniem Vladimíra Maňki – kandydata szerokiej koalicji rządzącego Smeru (Samoobrona), Zielonych, Ruchu na rzecz Demokratycznej Słowacji, Ruchu na rzecz Demokracji, Partii Nowoczesnej Słowacji, Ruchu Chrześcijańskiej Demokracji oraz ugrupowań mniejszości węgierskiej. Ta wygrana zaskoczyła słowackich polityków. Prezydent Ivan Gašparovič był kompletnie zdezorientowany. Aktywiści z tzw. grup obrony praw człowieka i przedstawiciele społeczności żydowskiej z miejsca zaczęli domagać się położenia kresu działalności „neonazistów”, zanim będzie za późno! Bo według nich, demokratyczny wybór Kotleby oznacza ni mniej, ni więcej jak „klęskę społeczeństwa obywatelskiego” i „koniec demokracji na Słowacji”. Tak jak i u nas, niezawodni okazali się celebryci, znani ludzie kultury, sztuki i nauki. Z lubością odżegnali się od wyników wyborów i potępili je jako przejaw ekstremizmu, ciemnogrodu i prowincjonalności.

Tajemnica wygranej

W Bańskiej Bystrzycy głosujący mieli szeroki wybór. Skąd się więc wzięła ta niespodziewana wygrana Kotleby? Dlaczego poparli „antychrysta, szatana, Hitlera, Mussoliniego”? Z rozczarowania i gospodarczego kryzysu. Parę lat temu za naszą południową granicą jak grzyby po deszczu wyrosły montownie koreańskich i japońskich koncernów motoryzacyjnych. Składano auta, produkowano części zamienne, tworzono elektronikę użytkową. Ludzie znaleźli pracę, zarabiali. Ale kiedy wybuchł kryzys, Niemcy Angeli Merkel narzuciły swą wizję jego zwalczania i ostrego cięcia wydatków. Nie dość, że Słowacy musieli się zrzucić na ratowanie znacznie zamożniejszych Greków czy Cypryjczyków, ale i im kazano docisnąć pasa. Płace zostały prawie zamrożone i nie nadążają z postępem inflacji. Na dodatek Azjaci inwestowali na ogół w stolicę, a prowincję pozostawili samą sobie. Wokół Bratysławy gospodarka nadal rozkwita, ale w środkowej czy wschodniej Słowacji jedynymi dużymi pracodawcami pozostały już wyłącznie instytucje i urzędy państwowe: policja, szkoły, urzędy pracy. Ludzie po pięćdziesiątce nie mają szans na znalezienie nowego zajęcia. Żyją więc wściekli na siebie, swój kraj i Unię Europejską.

Nie unieważniono wyborów

Zaprzysiężenie zadeklarowanego nacjonalisty na urząd żupana lewica chciała odwlec, jak tylko się dało. Bowiem w zwycięstwie polityka uznawanego za reprezentanta „politycznej ekstremy” ujrzeli widmo „Hitlera krążącego nad Tatrami”. Ale przecież jeszcze niedawno w podobny sposób piętnowano obecnego premiera Roberta Fico – jako wroga demokracji i faszyzującego populistę. Teraz rozhisteryzowana lewica najwyraźniej uznała, że jeden „faszysta” ma ją bronić przed drugim „faszystą”! Rozpoczęła pikiety z pochodniami, wiece, oszczerczą propagandową kampanię.

Wreszcie premier Robert Fico przeciął wszelkie spekulacje. Przed mikrofonami radiowymi zadeklarował, że uszanuje wolę wyborców. W połowie grudnia Kotleba objął urząd żupana. – Nie pominę nikogo, kto został wybrany w wyborach bezpośrednio przez obywateli. To mój obowiązek – tłumaczył o powołaniu nowych wojewodów. Łatwo jest krzyczeć, ale niezależnie od różnicy ocen i zdań wobec aktualnej sytuacji, współpraca z nowym wojewodą bańskobystrzyckim jest możliwa, a kraj będzie się dalej rozwijał – kontynuował premier. I nie wiadomo, czy to kryzys, czy też retoryka Kotleby sprawiła, że rząd już powoli wycofuje się z socjalnego rozdawnictwa i dotowania Cyganów. Wedle szykowanej ustawy o świadczeniach materialnych, aby móc wyciągnąć rękę po zasiłek, zarejestrowany bezrobotny będzie musiał odpracować na cele społeczne 32 godziny w miesiącu.

Jeżeli zajdzie potrzeba, to tę liczbę godzin będzie można zwiększyć. Premier zapewniał, że jeśli ktoś będzie sprawiał problemy, wykręcał się od powinności, to może otrzymać co najwyżej figę z makiem. Ale zaraz zaczął też podkreślać, że sytuacja z Cyganami jest nietypowa i pogmatwana. Z powodów długoletnich zaniedbań teraz trzeba podjąć jakieś niestandardowe działania. Ale nie mogą one być zbyt radykalne, bo organizacje pozarządowe podniosą donośny wrzask o łamaniu praw człowieka, a to wywoła zgrzytanie zębami w Brukseli.

Słowaccy postępowcy koniecznie chcą ludziom zohydzić Kotlebę. Oczerniają go, jak tylko mogą. Lewacy drżą, bo to prawicowiec. Sodomickie lobby, przeróżni seksualni maniacy i krzewiciele wielokulturowości – bo chce wrócić kraj do chrześcijańskich korzeni i moralności. Beneficjanci unijnych grantów jak ognia boją się, że gdy w Europie Środkowej powstanie nowe ognisko eurosceptycyzmu, to zostaną oderwani od lukratywnych dochodów. Powstał więc front zagrożonych. Zbiór epitetów miotanych wobec nowego wojewody z prawicy jest stereotypowy i dobrze znany: antysemita, homofob, ekstremista, ksenofob, klerofaszysta, neonazista. A w ogóle to typ spod ciemnej gwiazdy, którego powinni się bać wszyscy – od niemowlaków po zniedołężniałe staruszki.

Atakują nawet wąsy

Jednak tym razem posunięto się jeszcze dalej. Wyzywają więc Kotlebę jako „małego führera spod Tatr”. Na dowód faszystowskich inklinacji nowego żupana Bańskiej Bystrzycy przywołują jego nawoływania przeciwko Cyganom i Żydom. Obśmiewają jego starannie przycięte wąsy i wytykają, że tak jak Hitler, wciąż jest on starym kawalerem. Szydzą z zamiłowania do pokazywania się w miejscach publicznych w skrojonych na wojskową modłę uniformach. Esesmańskich – jak kłamliwie podszeptują, zapominając lub nawet nie wiedząc, że bardziej nawiązują one do mundurów armii słowackiej i hlinkowskiej gwardii sprzed kilkudziesięciu lat. Z grozą w głosie komentują też przemarsze z pochodniami członków jego ugrupowania politycznego. – Przedtem był jedynie uciążliwym błaznem, ale teraz stał się poważnym zagrożeniem dla całej Europy – straszą lewacy nie tylko Słowaków, ale i cały kontynent.

Comments are closed.