Olimpiada w potiomkinowskiej wiosce. Ile kosztują Igrzyska?

Wpierw z lasów w okolicach Soczi znikły niedźwiedzie, a z rzek pstrągi. Potem przyszedł czas na ludzi. Z miasta przesiedlono „niepożądany element”. Napływu turystów i kibiców jakoś specjalnie nie widać, bo za daleko i niebezpiecznie. Jedynie śnieg masowo zwożony jest z wyższych partii gór. 7 lutego rozpoczynają się XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie.

Rywalizacja jeszcze się nie rozpoczęła, a już mamy pierwszego, niekwestionowanego zwycięzcę. To Władimir Putin. Rosyjski prezydent wykorzystał ten sportowy spektakl do podniesienia prestiżu swej władzy oraz do pozbycia się rywali. Jeszcze półtora roku temu pozycja Putina była bardzo osłabiona. Była to konsekwencja wyborczych szachrajstw i masowych demonstracji oburzonych ludzi. Ale szczwany prezydent sprytnie wykorzystał zimowe igrzyska, by skonsolidować swój obóz polityczny i zaprezentować się społeczeństwu jako prawdziwy lider, który wszystko potrafi wyśmienicie załatwić. Tym współpracownikom, którzy służyli mu bezwarunkowo hojnym gestem, pozwolił czerpać olbrzymie profity związane z budową obiektów sportowych, inwestycjami budowlanymi i kontraktami na obsługę zawodów. Ci zaś, którzy mu ślepo nie zaufali, utracili prezydenckie błogosławieństwo i nie wzięli udziału w podziale łupów.

Obfite łowy

A można się było nieźle obłowić. Igrzyska w Soczi będą najdroższą imprezą sportową w historii. Ich koszt, szacowany pierwotnie na 12 miliardów dolarów, już przekroczył 51 miliardów i nadal rośnie. To więcej niż wydano na wszystkie rozegrane dotychczas zimowe igrzyska olimpijskie razem wzięte. Nic dziwnego, skoro mówi się, że w koszt każdej inwestycji wliczono ponoć „podatek korupcyjny”, wynoszący nawet połowę rzeczywistych kosztów. O zanurkowanie w to bagno złodziejstwa i korupcji rosyjscy oligarchowie toczyli zażarte walki.

W Soczi wszystko podporządkowano głównemu celowi – aby świat zamarł z zachwytu nad rozmachem, z jakim zorganizowano zawody. Mają one być wzorem organizacji, sprawności i bezpieczeństwa. Pokazem mocarstwowej Rosji. Miasto już przypomina oblężoną twierdzę. Islamscy bojownicy z Kaukazu już zapowiedzieli, że podczas imprezy zorganizują zamachy terrorystyczne. A oni nie rzucają słów na wiatr. Sytuacja jest trudna, bo wróg jest niemal u bram. Sporadycznie nęka samobójczymi atakami.

By nie doszło do katastrofy, podjęto nadzwyczajne środki. Na podstawie specjalnej ustawy przymusowo wysiedlono niepożądanych ludzi z ich mieszkań. Nad bezpiecznym przebiegiem Zimowych Igrzysk Olimpijskich będzie czuwać 37 tysięcy policjantów. Wypada więc średnio 10 stróżów prawa czy agentów na jednego sportowca. Najważniejsze obiekty w mieście będą objęte specjalnym nadzorem. Życie w Soczi, oprócz służb specjalnych, śledzić będą tysiące kamer i samoloty bezzałogowe. Nie wjedzie tu żaden pojazd bez ważnej przepustki, a ulice będzie patrolować armia i Kozacy. Wprowadzono ścisłą kontrolę połączeń internetowych i telefonicznych.

A co będzie z obiektami sportowymi po olimpiadzie? Zapewne popadną w ruinę, obrócą się w konstrukcyjne szkielety poharatanego złomu i brył betonu. Staną się potiomkinowską wioską z XXI wieku. Ale nikt z tego powodu nie dramatyzuje. Zapewne dlatego, że każdy, kto ma pięć klepek w głowie, już od samego początku olimpijskiej przygody Soczi dobrze wiedział, że ani miasta, ani całego Kraju Krasnodarskiego i tak nie będzie stać na utrzymanie okazałych, ale i nikomu tu niepotrzebnych obiektów. Przecież nie utrzymają ich miernej rangi zawody sportowe, konkursy skoków narciarskich, ligowy hokej.

Replika za pięć dolców

W Soczi przygotowano 98 kompletów medali. O mistrzowskie tytuły, medale, honory, ale i o sporą kasę będzie zmagać się 3,5 tysiąca zawodników z 90 państw. Polskę reprezentuje 58 (59) sportowców. Liczą na niebywały sukces. „Chciejstwo” ma niebywałą moc i urok. Olimpijczycy niezwykle cenią swoje medale. Symbolizują one lata poświęcenia, wytrwałości, żmudnej pracy i wytrenowane umiejętności. I nawet jeżeli nie są dokładnie warte swojej wagi w złocie, to dla tych nielicznych, którzy je zdobywają, wciąż pozostają bezcenne.

– Za każdym razem gdy gdzieś go zabieram poza domowe pielesze, stale się boję o jego bezpieczeństwo. A już gdy usłyszę, że komuś tam skradli podobne trofeum, to aż ze strachu ściska mnie w żołądku. Odczuwam całą gamę złych emocji – zwierza się alpejka Picabo Street, srebrna medalistka igrzysk z 1994 roku i złota z 1998. Na szczęście nie za często się zdarza, by ktoś zgubił albo komuś skradli olimpijskie trofeum. Aby jednak ukoić ból olimpijczyków, Amerykanie stworzyli specjalną polisę. Komitet Olimpijski USA i ubezpieczyciel Liberty Mutual zawarli umowę obejmującą tegoroczne Zimowe Igrzyska Olimpijskie oraz letnie w 2016 roku. W przypadku zgubienia, kradzieży lub uszkodzenia zdobytych medali sportowcy nie będą ponosili kosztów ich odzyskania lub naprawienia. Gdyby takie ubezpieczenie istniało wcześniej, to z pewnością ucieszyłoby brązowego medalistę w short tracku z 2002 i 2006 roku – Rusty’ego Smitha. Kiedy przerabiał swoje mieszkanie, zdobyte trofea na swoje nieszczęście zaniósł do matki. Parę dni później włamywacze splądrowali jej dom i medale przepadły bez śladu. Ubezpieczyciel nieruchomości pokrył co prawda koszty wykonania replik medali, ale był to żmudny i długi proces, a duplikaty nie okazały się idealne i wygrawerowano na nich błędne dane. Inni olimpijczycy także doznali bólu kradzieży. Tristana Gale wyślizgała w kobiecym skeletonie złoto w 2002 roku. Nie cieszyła się nim długo, bo złodzieje zabrali medal razem z jej pierścionkiem zaręczynowym i obrączką. Większego pecha miał pływak Josh Davis. Ukradzionym mu autem „odjechały” aż cztery medale. Warto dodać, że chcąc mieć repliki, sportowcy musieli za pośrednictwem narodowego komitetu kontaktować się z Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim. I płacili za nie z własnej kieszeni – od 500 do 1200 $, w zależności od ceny metali szlachetnych. Teraz, po umowie zawartej z ubezpieczycielem, nie zapłacą nic, bo Liberty gwarantuje zwrot kosztów do 5 tys. dolarów. Tymczasem replika złotego medalu kosztować będzie 632 $, srebrnego – 367, a brązowego – poniżej 5 dolarów.

Ile kosztuje medal

No dobrze, ale to tylko repliki. A ile rzeczywiście kosztują medale wywalczone przez sportowców podczas igrzysk? Rzekomo są bezcenne. Ale to czcze gadanie – w rzeczywistości kraje, które wysyłają swe ekipy do Soczi, dokonały „rynkowej” wyceny. Istnieje szczególna prawidłowość: kraje, które mają znikome szanse na miejsca na podium, niebotycznie wysoko windują gratyfikacje finansowe dla swych sportowców, a te, które stale przywożą wory medali, nie honorują ich tak wysoko. Im niżej w rankingu zamożności społeczeństwa, tym szczodrzej. Liderem obietnic w nagradzaniu zwycięskich olimpijczyków jest Singapur. Za złoto – 800 tysięcy dolarów. Szanse, by ktoś wziął tę kasę, są czysto teoretyczne – jedynie w przypadku gdy obywatelstwo tego azjatyckiego państwa-miasta przyjmie któryś z austriackich alpejczyków, norweskich biegaczek lub polskich skoczków. W Chinach nagrody nie ograniczają się wyłącznie do gotówki. Tu mistrz olimpijski może dostać także inne granty: dom lub luksusowy samochód.

Hojniejsze są także państwa postkomunistyczne, gdzie osiągnięcia sportowe traktuje się nadzwyczaj prestiżowo, choć sport masowy najczęściej kuleje i jest niedofinansowany. Przykładowo: podczas ostatnich Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Vancouver nagrody wypłacane medalistom były następujące (w przeliczeniu na polskie złotówki):

Od razu widać, że sportowe potęgi nie rozpieszczają swoich zawodników. O ile w ogóle płacą, to symbolicznie. Ale Wielka Brytania nie zapłaci swoim mistrzom ani pensa; Norwegia czy Szwecja – ani korony! U nas też ma być skromniej. Kryzys. W Soczi w konkurencjach indywidualnych PKOl wysupła dla mistrzów olimpijskich po 120 tys. złotych. 80 tys. dostanie srebrny medalista, a 50 tys. każdy, kto stanie na najniższym stopniu medalowego podium. Mogą też liczyć na rychłą i godziwą „emeryturę olimpijską”.

Droga wycieczka na Kaukaz

Przygotowania do występu w Soczi pochłonęły 150 milionów złotych. Wedle hurraoptymistów, mamy podobno 11 szans medalowych, czyli każdy ewentualny medal kosztować podatnika będzie jakieś 14 mln złotych. To nie koniec wydatków. koszty wyjazdu reprezentacji do Soczi to co najmniej 3,6 miliona złotych. – Nie korzystamy ze środków publicznych. Cały start finansują sponsorzy – wieści sekretarz Krzesiński. Nie dopowiada jednak, że taki strategiczny partner jak Lotto to 100% udziałów skarbu państwa, Tauron – co najmniej 30% udziałów skarbu państwa. A dający prywatna kasę doktor Kulczyk zarabia krocie m.in. na państwowych spółkach.

Na Zimowe Igrzyska Olimpijskie pojechało 58 polskich sportowców (oraz jeden rezerwowy). Sportowa ekipa to także osoby współpracujące z zawodnikami – trenerzy i ich asystenci, lekarze, fizjoterapeuci, a także serwisanci sprzętu. Co najmniej drugie tyle ludzi. Przypomnijmy: start w Soczi pochłonie 3,6 mln złotych (1,1 mln dolarów) i wedle amatorów podających się za fachowych znawców przyniesie nam 11 medali, choć będzie rewelacyjnie dobrze, jeżeli Polacy zdobędą ich pięć lub sześć. To kosztowna wycieczka na Kaukaz.

Dla porównania: reprezentacja Norwegii składa się z 118 zawodników i ponad 160 osób ekipy pomocniczej. Jej budżet to trzy miliony dolarów, a celem jest zdobycie co najmniej 26 medali. Nad fiordami koszty wyjazdu do Soczi liczone są razem z paraolimpiadą (odbędzie się 8-15 marca), na którą pojedzie 30 zawodników. Norwegia prowadzi w rankingu narodowym zimowych igrzysk olimpijskich, w których zdobyła łącznie 303 medale, w tym 107 złotych, 106 srebrnych i 90 brązowych. Chcemy być drugą Norwegią?!

Reklama / Advertisement

Comments are closed.