REKLAMA

W świetle tego, jak rozwijają się wypadki na Ukrainie, zastanówmy się nad tym, jak zdobyć władzę i czego przy tym się spodziewać. Najlepiej zrobić to w demokratycznych wyborach, ale jakoś się nie udaje. W związku z tym zakładamy następujące scenariusze dynamiczne: albo deeskalacja, albo eskalacja; albo kompromis, albo brak kompromisu. Każdy z tych scenariuszy ma różne opcje, warte rozpatrzenia. Co więcej, żaden z nich nie jest w formie czystej, a raczej zapożyczają rozmaite czynniki od siebie, nakładają się na siebie. Ponadto każdy scenariusz ma implikacje wewnętrzne i zewnętrzne, międzynarodowe.

Eskalacja radykalizmu skończy się albo zwycięstwem władzy, albo opozycji. Gdy wygra władza, nastąpi pacyfikacja opozycji. Gdy wygra opozycja, nastąpi kompromis z władzą albo odrzucenie kompromisu z władzą, kompromis w ramach opozycji albo walka wewnątrz opozycji. Z eskalacji może wyjść zwycięsko jedna opcja, która przeforsuje swoją wizję państwa. Albo żadna opcja nie wyjdzie zwycięsko i nastąpi sytuacja znana z Libanu czy Syrii – wojna domowa. A potem najsilniejsi dojdą do władzy bądź też – co bardziej prawdopodobne – tacy, którzy są sponsorowani przez państwa ościenne. Jeśli nastąpi deeskalacja, to wyjdzie z tego najpewniej demobilizacja aktywistów i powolne zamieranie ducha radykalnych zmian, ducha rewolucji. Deeskalacja może nastąpić samoistnie, gdy żadnych rezultatów ofensywy oddolnej nie będzie. Barykady nie przyniosą rozwiązania. Permanentny pat prowadzi do utraty zapału i stopniowego porzucania pozycji radykalnych.

REKLAMA

Deeskalacja może nastąpić również odgórnie. Na przykład wszystko się rozejdzie w wyniku klęski fizycznej, po prostu rozbicia demonstrantów i opozycjonistów siłą – przez stan wyjątkowy albo przez serię dobrze przeprowadzonych ataków na kierownictwo: porwań, aresztowań, pobić, a nawet zabójstw. Potem zostaje tylko pacyfikacja zwolenników. Tutaj należy stosować stopniowanie, ta pacyfikacja może być mniej bądź bardziej ukryta, a wśród środków nie może zabraknąć przekup-stwa oraz rozmaitych ustępstw, prawdziwych czy wydumanych. To jest sposób negatywny na deeskalację. Deeskalacja może nastąpić w sposób pozytywny, też odgórnie, gdy władza skapituluje – częściowo bądź całkowicie. Stanie się to w wyniku presji Zachodu, jak również nacisku oddolnego zmobilizowanych aktywistów przejmujących jeden po drugim ośrodki władzy na obszarze całego państwa. I paraliżujących tę władzę okupacją instytucji albo zastępujących ją swoją własną władzą. W takiej sytuacji doły aktywistów i masy ich zwolenników uwierzą w zwycięstwo, a szczegóły do wypracowania zostawią swym przedstawicielom. Zwycięstwo może być podobne do pomarańczowej rewolucji. Wtedy postkomunistyczna kleptokracja usunęła się z polityki centralnej pozornie, a zachowała wszystkie inne wpływy, w tym gospodarcze. Władzę przejmuje szeroko rozumiana koalicja opozycyjna i zaczynają się targi i kłótnie jak poprzednio, czyli powraca pat na długą metę. I postkomuna wraca do władzy.

Zwycięstwo może też być kompromisem między władzą a opozycją. Powstaje wielka koalicja, wszyscy się kochają, oprócz niepokornych. Robi się okrągły stół i tworzy system dokooptowujący do postkomuny tzw. konstruktywną opozycję. Radykałowie też mogą się w to włączyć, o ile porzucą radykalizm. A innych można wykluczyć bądź pozwolić im na samowykluczenie. Gdy władza skapituluje całkowicie, czyli rozpadnie się, też jest możliwych kilka scenariuszy. Pierwszy: powstaje wielka koalicja tylko w ramach opozycji – i wszyscy żyją długo i szczęśliwie, a kraj płynie mlekiem i miodem. Drugi: wielka koalicja powstaje, ale nie potrafi rządzić, rozpada się na frakcje, zaczyna się walka o władzę między nimi, w najgorszym wypadku zamienia się to w wojnę domową. Trzeci: w sytuacji rewolucyjnej i kontrrewolucyjnej największą szansę mają zdyscyplinowane, kadrowe partie radykalne. Ich początkowa liczebność nie jest tak ważna, zwolenników zdobywają w akcji. A maszerują od sukcesu do sukcesu. To one potrafią najlepiej przeprowadzać akcję bezpośrednią. To one wychodzą naprzeciw utopijnym marzeniom zradykalizowanych ludzi. Mają najlepsze
hasła na kryzys. Obiecują najwięcej. To one w końcu są wszędzie. Ideowe, zwarte, dynamiczne. Uderzają w system i zmiatają go z powierzchni ziemi. Koniec postkomunizmu. I radykalni przejmują władzę, bo po prostu nie ma nikogo innego, kto potrafiłby jednocześnie zasiać chaos, wnieść się na szczyt w takim chaosie, a następnie uspokoić chaos – zaprowadzić prawo i porządek.

Taka jest recepta na rewolucję. Tak udało się rozmaitym radykałom w rozmaitych kombinacjach rewolucyjnych (Lenin, Mussolini, Mao), w tym również w połączeniu z czynnikiem demokratycznych wyborów (Hitler).

To było w czasach gdy na arenie międzynarodowej wyznawano doktrynę suwerenności. No i doktrynę minimalnego wkładu i wysiłku własnego w razie interwencji antyradykalnej. Nawet jeśli niepokojono się, że radykałowie biorą władzę, to niewiele robiono, aby temu przeciwdziałać. Alianci zachodni nie chcieli interweniować za bardzo ani w Rosji, ani we Włoszech, Niemczech czy Chinach. Z powodu wyczerpania Wietnamem oraz strachu przed światową wojną atomową USA zrezygnowały ze stawiania oporu Czerwonym Khmerom w Kambodży. Wynikły z tego masowe mordy. Teraz jest inaczej. Chociaż nie tak bardzo. Jak to się mówi o ludobójstwie: „nigdy więcej”. Czyli „nigdy więcej aż do następnego razu” – jak pokazała Ruanda.

W teorii jednak doktryna internacjonalizmu jest dominującym czynnikiem stosunków międzynarodowych. Oznacza to, że śmielej narusza się suwerenność, szczególnie małych narodów. Naturalnie interweniuje się raczej niechętnie (szczególnie po klęsce w Somalii), ale propaganda antyradykalna cały czas dominuje w mediach. Szczególnie Zachód stawia na stabilność. I dużo mówi o tzw. interwencji humanitarnej (np. Haiti).

Trzeba o tym wszystkim wiedzieć, gdy zamierza się w sposób gwałtowny zdobyć i utrzymać władzę w państwie. Kłopot polega na tym, że Ukraina (czy Polska) nie są Syrią bądź Libanem. W libańską i syryjską wojnę domową mieszali się plenipotenci supermocarstw. I zleceniodawcy, i wykonawcy piekli własne pieczenie. USA były tam dlatego, że Sowieci zaangażowali się w Libanie. Dziś jest podobnie w Syrii, mimo że na obrazku pojawiły się jeszcze Chiny, Unia Europejska i Niemcy. A sąsiedzi byli i są zaangażowani, bo taka jest geografia i geopolityka regionalna. Widać było, że siłom zewnętrznym nie zależy, aby te awantury się skończyły szybko. Liban krwawił przez ponad 20 lat; Syria dymi się stale. Bałkanizacja Lewantu była na rękę Izraelowi, bo wtedy sąsiad jest słabszy i nie myśli o inwazji na ten kraj. Jeśli mają się Arabowie jednoczyć przeciw Żydom, to niech raczej się tłuką. Ale przemoc musi być
utrzymana na ograniczonym poziomie, aby się nie rozlała po regionie. Wtedy mogłoby się zrobić naprawdę groźnie, nawet mogłaby z tego wyjść jakaś awantura światowa.

Sytuacja geopolityczna jest tym delikatniejsza, im bardziej newralgiczna część Ziemi przechodzi wstrząsy rewolucyjne czy kontrrewolucyjne. Jeśli mamy do czynienia z Mali czy Republiką Środkowoafrykańską, to nie ma wielkiego problemu. Kraje są te peryferiami, a nasze zainteresowanie nimi jest głównie humanitarne. No, chyba że ich destabilizacja prowadziłaby do regionalnych tąpnięć, a jeśli posiadają bogactwa mineralne, to sprawa się komplikuje.

Sprawa natomiast jest zawsze skomplikowana w Intermarium. W krajach takich jak Ukraina czy Polska nie ma mowy o tym, żeby sąsiedzi zlekceważyli sobie próbę przejęcia władzy przemocą, nawet gdy wygląda to na people’s power. Nie ma pozwolenia na destabilizację. A dyktują to przede wszystkim Niemcy i Rosja. Z racji tego, że są silniejsze od wszystkich krajów Międzymorza będą mącić. Powtórzmy: nie ma mowy o tym, żeby kraje ościenne dopuściły do destabilizacji Międzymorza, chyba że byłoby to w ich interesie.

Na przykład aby wykazać, że Ukraina nie potrafi sama sobą rządzić, Moskwie i Berlinowi wystarczy stanąć i przyglądać się rozwojowi wypadków. A może nawet dyskretnie zachęcać obie strony do ekscesów. I na cały świat, za pomocą usłużnych mediów przekazać, że Ukraińcy po prostu są niezdolni do rządzenia samymi sobą. I dla ich dobra za jakiś czas trzeba interweniować. Można zrobić zabór od razu, a można też poddać międzynarodowej kurateli ziemie ukrainne i traktować tubylców jak niedorozwinięte dzieci. Przecież już scenariusz taki wykorzystano – były to rozbiory Rzeczypospolitej.

Teraz nawet nie trzeba będzie bezpośredniej władzy Niemiec i Rosji. Wystarczy posłać „błękitne hełmy” i ONZ może posłużyć za dogodną przykrywkę. A jak będą dalej jakieś demonstrację, to w ramach korpusu pokojowego przysłać OMON z Moskwy, a Bereitschaftspolizei z Berlina i wszystko będzie jak trzeba. Kontrola nad krajem będzie zapewniona i usankcjonowana przez tzw. społeczność międzynarodową. No, chyba że się przyda wojna domowa, aby zreintegrować obszar postsowiecki. Wtedy Putin pójdzie na całego. Kreml będzie twierdził, że FR spełni taką rolę na Ukrainie jak USA spełniły na Bałkanach. Ale najpierw da się wszystkim trochę powyrzynać. Pozwoli na kryzys uchodźców. Media będą pełne straszliwych obrazów płaczących dzieci i spalonych domów, a Putin po jakimś czasie przywróci spokój. Czy to znaczy, że w tym kontekście sytuacja Polski jest patowa? Nie, ale zanim dziewczyny i chłopcy zrobią narodową kontrrewolucję, powinni zastanowić się nad wszelkimi możliwymi opcjami i ich implikacjami. Będzie bardzo trudno usunąć Bronka z Pałacu Prezydenckiego, Donka z Rady Ministrów, Adasia z Czerskiej, a postkomunę i jej sojuszników wysłać na Antarktykę.

Trudno, ale jest to możliwe. Tylko nie w ciemno. Tylko z przemyśleniem. Do nauki, narodówko!

REKLAMA