Czarna lista literatury. Jak lewica cenzuruje książki?

W kalendarzu amerykańskim luty jest obchodzony jako Miesiąc Czarnej Historii (Black History Month). Jest to okres, kiedy jankeskich lewaków ogarnia prawdziwy obłęd poprawności politycznej. Pod cenzorski topór lewicowej inkwizycji dostaje się wszystko, co istnieje w sferze publicznej – od książek dla dzieci począwszy, a na symbolach narodowych zakończywszy.

Dla publicystyki lewicowej Miesiąc Czarnej Historii jest czasem przypominającym musth – sezon rozrodczy u słoni indyjskich. W tym czasie samce i samice tego gatunku dostają prawdziwego obłędu spowodowanego wydzielaniem się ogromnej ilości hormonów w ich masywnych ciałach. Olbrzymie zwierzęta stają się niezwykle niebezpieczne dla otoczenia. Bywa, że tratują i niszczą wszystko, co napotkają. Podobnie jest z obłędem poprawności politycznej w okresie celebrowania niczym nie wyróżniającej się historii amerykańskich Murzynów. Na cel lewicowej inkwizycji brane są wszystkie media, książki, dzieła sztuki, a nawet symbole historyczne i narodowe – takie jak flagi stanowe, pieśni, ballady i wiersze patriotyczne. Co ciekawe, cenzura nie pomija nawet literatury dziecięcej.

Jamie Frater, twórca opiniotwórczego portalu Litverse, ułożył listę 10 najbardziej niepoprawnych politycznie książek dla dzieci, które ocenzurowano właśnie w okresach obchodów Miesiąca Czarnej Historii. W większości bibliotek publicznych w USA nie można już ich znaleźć. A wszystko dlatego, że zawierały rzekomo stereotypy murzyńskie.

Czarną listę bajek i książek przygodowych otwiera niezwykle popularna w USA, wielokrotnie wydawana z kolorowymi ilustracjami, wierszowana wyliczanka pt. „Dziesięciu Murzynków” („Ten little niggers”), napisana przez Septimusa Winnera w 1860 roku. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, dlaczego ten tytuł dzisiaj wywołuje ataki histerii wśród nadwrażliwych przedstawicieli amerykańskiej lewicy. Do tytułu wierszowanej bajeczki nawiązała także Agatha Christie, która zatytułowała tak samo swoją powieść z 1939 roku. Dzisiaj w USA powieść Christie, jeżeli w ogóle jest jeszcze drukowana, to jedynie pod tytułem „And Then There Were None” („I nie było już nikogo”), nawiązującym do końca wyliczanki.

Od niedawna na liście ocenzurowanych dzieł znalazły się także modne wśród amerykańskich dzieci w latach czterdziestych XX wieku komiksy o Tintinie autorstwa belgijskiego artysty Georgesa Remi, podpisującego się jako Hergé. Czarno-biały album z 1931 roku pt. „Tintin w Kongo” został usunięty niemal ze wszystkich bibliotek publicznych, ponieważ ukazywał rzekomo „kolonialną supremację rasy białej wobec czarnoskórych mieszkańców belgijskiej kolonii”. W 1946 roku album został wydany w wersji kolorowej, ale Hergé został wcześniej zmuszony do usunięcia wszystkich aspektów kolonialnych. Mimo tego zabiegu komiks znajduje się na drugim miejscu czarnej listy lektur dziecięcych w USA.

Pośmiertną ofiarą współczesnej inkwizycji lewicowej jest wybitna angielska pisarka Enid Mary Blyton (1897-1968), znana także jako Mary Pollock. W połowie lat czterdziestych ubiegłego wieku napisała i opublikowała serię niezwykle lubianych wśród dzieci opowiadań o czarnoskórych urwisach z sąsiedztwa. Bohaterowie zakazanej dzisiaj książeczki „Trzy Straszydła” („The Three Golliwogs”) są przedstawieni jako trzy czarne lalki z fryzurami afro, rozmawiające między sobą charakterystycznym dla czarnoskórej mniejszości slangiem i zachowujące się tak jak dzieci murzyńskie z tamtej epoki. Ale najwyraźniej prawda w oczy kole. Niezwykle lubiane „Straszydła” nie tylko nie będą już wznawiane, ale nie znajdzie się ich także na półkach bibliotek publicznych w USA. Cóż, życie nie lubi próżni. Książeczkę można nabyć za ok. półtora funta w wielu księgarniach brytyjskich.

Bambo i Sambo Czwartym dziełem umieszczonym na czarnej liście amerykańskiej literatury dziecięcej jest opowiadane „Mały Sambo”, napisane w 1899 przez szkocką autorkę książek dla dzieci Helen Bannerman. Samo opowiadanie nie zawiera żadnego wydźwięku rasistowskiego, ale tytuł drażni wrażliwe gusta poprawno-politycznych poprawiaczy świata. Samo imię Sambo zawiera w sobie rzekomo pełen pogardy stosunek ludzi białych do kolorowych. Zapewne jego cenzorzy nie słyszeli jeszcze o „Murzynku Bambo” autorstwa Juliana Tuwima. Murzyński chłopak bojący się kąpieli ze względu na wybielenie skóry wywołałby wśród amerykańskich lewaków wzmożenie prób narzucenia totalnej cenzury.

Wiele lat po śmierci Helen Bannerman tytuł „Mały Sambo” został przerobiony przez ilustratora i wydawcę nowojorskiego Freda Marcellino na „Historię małego Babadżi” („The Story of Little Babaji”). Wszystkie kontrowersyjne opisy indyjskiej rzeczywistości końca XIX wieku zostały usunięte.

Podobnym przeróbkom poddana została „Historia doktora Dolittle” napisana w 1920 roku przez angielskiego pisarza Hugh Loftinga. W Stanach Zjednoczonych ta niezwykle popularna powieść została poddana aż trzy razy przeróbkom. Kolejne okrojone i pozmieniane wydania z 1960, 1972 i 1986 roku pokazywały, jak w społeczeństwie amerykańskim narasta cenzura o podłożu rasowym. Znawcy powieści twierdzą, że amerykańskie wydanie z 1986 roku miało już niewiele wspólnego z oryginałem. Także niezwykle popularne ilustracje przedstawiające dzikich Afrykanów zostały usunięte jako „obraźliwe”.

Ale miecz cenzury jest obosieczny. Także środowiska konserwatywne nie pozostawały dłużne i doszukiwały się własnych powodów do wprowadzania ograniczeń wydawniczych. Ich ofiarą padł niedawno popularny bohater brytyjskich filmów animowanych Noddy. Pewnie niewiele dzieci wie, że postać tę wymyśliła już w 1949 roku autorka wspomnianych „Trzech Straszydeł”, Enid Blyton. Niektóre środowiska oskarżyły ją, że opisując przygody Noddy’ego, promuje ona homoseksualizm, ponieważ w niektórych scenach bohater śpi w łóżku z innymi męskimi postaciami – takimi choćby jak miejski policjant. Oczywiście zarzut, że Noddy w złym świetle pokazuje grzeczne białe dzieci, jest równie głupi jak ten, że Golliwogsy są nieuczciwym podejściem do murzyńskich łobuziaków.

Noddy nie jest jedynym bohaterem współczesnych kreskówek, który został oskarżony o niepoprawność polityczną. Weteranem walki z cenzurą rasową jest także francuski biały słonik o imieniu Babar, sympatyczna postać stworzona przez Jeana de Brunhoffa w 1931 roku. W opinii czarnoskórych działaczy „na rzecz obrony praw obywatelskich”, a tak naprawdę na rzecz cenzury, Babar symbolizuje francuski kolonializm. Jest biały, chociaż słonie są szare, i odnosi się z wyższością do swoich afrykańskich kolegów. To wystarczający powód, aby postać tę wyrzucić z literatury dziecięcej. A razem z nim najlepiej też wyrzucić Kima, anglo-irlandzkiego chłopca, bohatera książki Rudyarda Kiplinga z 1900 roku, który podróżuje po Indiach i surowo ocenia obskurną rzeczywistość tego kraju i jego kultury.

Czarną listę literatury dziecięcej i młodzieżowej w USA zamykają dwie powieści przeznaczone dla bardziej dojrzałych czytelników. Pierwsza to jeden z najlepszych i najpiękniejszych opisów życia amerykańskiego Południa połowy XIX wieku, jakim są „Przygody Huckleberry’ego Finna” autorstwa Samuela Langhorne’a Clemensa, podpisującego się jako Mark Twain, i „Mały domek na prerii” Laury Ingalls Wilder. Przy czym w przypadku wielkiej powieści Marka Twaina przyczyna restrykcji jest jasna. „Przygody Huckleberry’ego Finna” są książką, w której słowo „czarnuch” pada ponad sto razy. Murzyńscy aktywiści twierdzą, że lektura tej książki wywołuje traumę u czarnoskórych dzieci na całe życie. Nie potrafią przy tym przyjąć do wiadomości, że rolą literatury jest opis konkretnej rzeczywistości historycznej, a nie propagowanie jakiejś lukrowanej iluzji.

Trudno jednak zrozumieć restrykcje, jakie dotykają „Mały domek na prerii” – uroczą opowieść małej dziewczynki ukazującą ciężkie życie i walkę o przetrwanie na ogromnych obszarach wielkiej amerykańskiej prerii. Dla autorki tej książki Indianie są uosobieniem zła i zdziczenia, a nie romantycznego ludu walczącego o własne przetrwanie. Takie jednak były realia historyczne. Ocenzurowanie tej książki lub dokonywanie w niej zmian jest jednoznaczne z fałszowaniem historii.

Koniec z tymi bzdurami

Miesiąc Czarnej Historii to czas wyjątkowej obłudy. To czas, kiedy trzeba uważać na wszystko, co się robi lub mówi, szczególnie jeżeli jest się osobą wykonującą misję publiczną. W pewnym katolickim liceum dziewczęcym w miejscowości Concord białe uczennice postanowiły uczcić Miesiąc Czarnej Historii, przygotowując specjalny obiad, na który podano smażonego kurczaka, chleb kukurydziany oraz plastry arbuza. Zamiast wywołać tym jadłospisem zachwyt swoich kolorowych koleżanek, zostały oskarżone o drwienie sobie z kultury murzyńskiej. Przerażona poziomem ataku ze strony działaczy lewicowych i społeczności murzyńskiej dyrektorka liceum opublikowała w miejscowej gazecie oświadczenie: „Pragnę przeprosić za krzywdę, jaką uczyniliśmy tym pomysłem uczniom, ich rodzicom i całej społeczności. Pragnę zapewnić, że nigdy nie zamierzaliśmy tworzyć w tej szkole jakichkolwiek rasowych stereotypów”. Do pełni skruchy pani dyrektor brakowało jedynie założenia papierowej czapki wstydu, jaką czerwoni hunwejbini zakładali „zdrajcom ludu” w czasach rewolucji kulturalnej. Nie zdecydowała się (jeszcze?) na przemaszerowanie półnago przez ulice miasta z powrozem na szyi, trzymając dyktę z napisem „Zdradziłam ideały towarzysza Obamy”.

Poprawność polityczna zaczyna przypominać rewolucję pożerającą własne dzieci. Nawet sam Black History Month, który miał być corocznym festiwalem kultu kultury murzyńskiej w USA, stał się obiektem ataków. Niektórzy czarnoskórzy Amerykanie uznają go za święto rasistowskie. Coraz więcej z nich chce być tylko Amerykanami, a nie wyselekcjonowaną mniejszością etniczną utrzymywaną z garnuszka większości społeczeństwa. Jeszcze 10 lat temu żądali uprzywilejowania. Dzisiaj po prostu chcą być częścią społeczeństwa.

Tę bardzo rozsądną tendencję ilustruje list 34-letniej czarnoskórej Amerykanki, Lisy Cook, opublikowany w czasie narodowej debaty o roli Miesiąca Czarnej Historii w kulturze:

„Kiedy dorastałam, nazywaliśmy się po prostu czarnymi. Teraz, kiedy dorastają moje dzieci, nazywamy się na siłę Afroamerykanami. Nie rozumiem, po co ta zmiana nazwy. Nie widzę powodu, aby to była odpowiednia dla mnie nazwa. Nie jestem Afrykanką, moi rodzice nie byli Afrykańczykami, ich rodzice także nimi nie byli, a także ich rodzice. Oni wszyscy urodzili się tutaj, w starych, dobrych Stanach Zjednoczonych Ameryki… Podobnie jest z lutym, nachalnie przemianowanym na Miesiąc Czarnej Historii. Czy nie powinien się nazywać Miesiącem Historii Afroamerykańskiej? A skoro tak, to mnie on nie obchodzi, ponieważ jestem Amerykanką i moim dziedzictwem jest historia Ameryki jako całości, a nie jednej grupy etnicznej. Tacy ludzie jak Barack Obama mogą siebie nazywać Afroamerykanami, ponieważ oni naprawdę nimi są, ale nie ja”.

Ten list nie jest głosem odosobnionym. Wśród murzyńskich elit Ameryki coraz częściej pojawiają się wybitni konserwatyści, którzy podzielają poglądy Ronalda Reagana, Rona Paula czy Donalda Trumpa. To ludzie tacy jak doktor Benjamin Carson – dyrektor oddziału neurochirurgii w szpitalu Johna Hopkinsa, Crystal Wright – właścicielka licznych wydawnictw, w tym strony conservativeblackchick.com, czy Chelsi Henry – przewodnicząca Narodowej Federacji Młodych Republikanów (Young Republican National Federation).

Ci ludzie, podobnie jak setki innych konserwatywnych działaczy, sprzeciwiają się socjalistycznej wizji państwa Baracka Obamy. To oni są przyszłością kultury czarnoskórej Ameryki. Wolni od kompleksów, odrzucają roszczeniową mentalność mieszkańców gett oraz ich ideologicznych treserów i uczciwie pracują na swój sukces.