REKLAMA

Wypowiedź Donalda Tuska, że ma za zadanie, „by eurosceptycy nie wygrali”, jest skandaliczna z jednego zasadniczego powodu. Nie dlatego, że Tusk chce walczyć z partiami eurosceptycznymi, w tym z Kongresem Nowej prawicy, jako przywódca partii politycznej z jej konkurencją, ale dlatego, że premier Tusk publicznie oznajmił, iż ma takie zadanie także jako „szef rządu”. Wypowiedź taka powinna człowieka stojącego na czele rządu opłacanego z podatków – także podatków płaconych na ten rząd przez eurosceptyków – zdyskredytować politycznie i spowodować postawienie poważnego pytania: czy powinien dalej pełnić swoją funkcję? Cóż bowiem rozumieć przez zadanie szefa rządu, „by eurosceptycy nie wygrali”, jak nie wykorzystanie aparatu państwa, aparatu siły, aparatu państwowych instytucji oraz ich wpływów do zwalczania partyjnej konkurencji?

Powstaje w związku z tym zasadne pytanie: czy premier był aż na tyle nierozważny lub wytrącony z równowagi rosnącymi sondażami Nowej Prawicy, by nieopatrznie wymsknął mu się taki „skrót myślowy”? Czy przypadkiem nie było to złożenie pozostałym partiom obecnego układu zakamuflowanej propozycji do rozważenia? Jak gówniana jest ta opozycja, świadczy fakt, że cały dotychczasowy mainstream po cichu przełknął i przetrawił wypowiedź premiera – i zakład, że gdyby nagle szef Platformy jako szef rządu wymyślił, by eurosceptyków wysłać na czas wyborów do Gostynina, to nikt przeciwko temu nie pisnąłby grubszym głosem ani na znak protestu nie zawiesił kampanii wyborczej.

REKLAMA

Takie zagrania to przecież nic nowego w naszej najnowszej historii, w III RP wystarczały wprawdzie intrygi jurgieltników, tajnych współpracowników i dziennikarzy śledczych, ale nieco wcześniej działania prewencyjne bez zbędnych kamuflaży wykonywano za pomocą aparatu państwa. Dla przykładu: mojego Dziadka, który był komunosceptykiem i w 1947 roku wymyślił sobie, by popierać PSL Mikołajczyka, lokalni poplecznicy Aarona Pałkina zaprosili do spędzenia dnia wyborów na prewencyjnym oddaleniu od urn wyborczych, które to zabiegi, chociaż wówczas powszechne, wcale nie zapobiegły konieczności fałszowania wyników głosowania.

Wiemy jednakowoż, że nie ma przypadków, gdyż są tylko znaki, a znaków dostarcza nie tylko świat politycznej fauny, ale i przyroda w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeden z popularnych portali pogodowych doniósł niedawno, że warunki pogodowe panujące u nas od kilku miesięcy zadziwiająco przypominają pogodę z pierwszych miesięcy 1989 roku; analogie są tak duże, że niektórzy meteorolodzy zaczynają doszukiwać się w tym jakiejś prawidłowości. Wiemy, że rok 1989 stanowi swego rodzaju cezurę polityczną, jest symbolem reglamentowanej zmiany, otwierającej nasze życie publiczne na nieustanne oddziaływanie i intrygi ludzi oraz ideologii tkwiących de facto swoimi korzeniami w socjalizmie, ateizmie, kulturowym marksizmie i ostatecznie totalniactwie. Szukając więc analogii, być może także politycznie zatoczyliśmy koło i stoimy ponownie przed szansą na zmianę. Zwłaszcza że obserwując nawet toczącą się kampanię wyborczą, te pseudodebaty i spoty, widzimy, że ci syci, wypindrzeni i nudni politycy obecnego układu nie mają ludziom nic do zaoferowania.

Być może musieliśmy pałętać się te ostatnie 25 lat wodzeni tam i nazad przez „Mojżeszów” postępu, przeżyć te wszystkie kretynizmy ekonomiczne i eksperymenty społeczne, niespełnione obietnice, parytety i „Conchity”, by wyraźniej dostrzec prawdziwe oblicze tej ułudy. Ułudy, dla podtrzymywania której podenerwowany mainstream musi wydawać coraz więcej publicznego grosza, jak np. na idiotyczny spot za 7 mln zł. Na spocie tym siermiężna polska rzeczywistość przechodzi w wiadukty, kolorowe mosty, wyremontowane ryneczki miast i autostrady i być może tak punktowo jest, ale głównie w głowie beneficjantów owych wyrzuconych w błoto kilku milionów złotych.

Bo gdyby ktoś chciał nakręcić za 7 mln antyspot, to jeszcze łacniej można na nim pokazać niedokończone drogi, zarośnięte chwastami nieużytki, bezrobocie, zamykane szkoły, rozwalone rodziny i tzw. eurosieroty itp., itd. Do pisania tego tekstu zasiadłem praktycznie po 600-kilometrowej podróży samochodowej po Polsce i mimo najszczerszych chęci droga szybkiego ruchu stanowiła na całej trasie nie więcej jak 20 proc. jej długości. Co kawałek natomiast karkołomne wyprzedzania, tłok i łatana doraźnie, poorana koleinami część obwodnicy Radomia straszącej kierowców swoim stanem, od kiedy sięgam samochodową pamięcią. Człowiekowi po takiej podróży lub przejażdżce pociągiem rządowy spot prowokuje nie tyle dreszcze, ale pytanie o stan zdrowia psychicznego pomysłodawców tego gniota.

Dlaczego obecny polityczny establishment tak bardzo obawia się wzrostu siły eurosceptyków? Powód jest ten sam co zawsze. Ów decydencki establishment nie zrezygnował bowiem z idei budowy europejskiego superpaństwa, a jedynie po przegranych referendach konstytucyjnych postanowił wziąć na przeczekanie i wrócić do sprawy w bardziej sprzyjającym momencie. Oto tzw. eksperci Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych, będącej czymś na kształt europejskiej loży skupiającej polityków i lobbystów, stwierdzili wprost, że aby „w pełni zrealizować unię gospodarczą i walutową, trzeba wzmocnić władzę UE”, a „populiści” (czytaj: uniosceptycy) „mogą uniemożliwić przywódcom przekazanie Unii pewnych obszarów suwerenności”.

Mamy już zatem strefę Schengen, Unię Europejska, strefę euro, kartę praw podstawowych, traktat lizboński i okazuje się, że to jeszcze za mało, że to jeszcze nie w pełni unia gospodarcza i walutowa. Bo ciągle „przywódcy” (czytaj: państwa) mają za dużo suwerenności w stosunku do UE, a wzmocnienie ruchów uniosceptycznych może owym „przywódcom” utrudnić decyzje o przekazaniu Unii „pewnych obszarów suwerenności”. Jakie to „pewne obszary” należałoby przekazać Unii, można łatwo się domyślić: polityka zagraniczna, wojsko, prezydent plus waluta – i zamiast unii, jest jednak superpaństwo.

Wiosna prawicy?

Dla obecnego politycznego układu nie ma znaczenia, czy wzrost nastrojów prawicowych będzie trwały, czy – jak pocieszają się niektórzy „eksperci” – jest jedynie chwilowym przejawem zniecierpliwienia i protestu. Dla tego układu jest ważne, jak ukształtuje się przyszły Parlament Europejski i przyszłe parlamenty krajowe, gdyż przy nawet chwilowej popularności partii uniosceptycznych może to na kilka lat odsunąć na dalszy plan pomysły takie jak te prezentowane przez lobbystów z ERSM. Problem w tym, by obecne prawicowe ożywienie nie było jedynie przypadkiem chwilowego odreagowania chronicznie chorego organizmu, ale umożliwiło trwałą zmianę politycznego trendu. Nie ulega bowiem dyskusji, że rosnące poparcie dla prawicy, w tym pierwsze od ćwierćwiecza tak wyraźne poparcie dla partii konserwatywno-liberalnej, jest po części na pewno odruchem buntu wobec rzeczywistości politycznej.

Utrwalenie tej korzystnej dla nas sytuacji jest z pewnością możliwe przynajmniej z jednego względu. W każdym cyklu politycznym minionego ćwierćwiecza pojawiała się bowiem grupa ludzi przekonana do poglądów wolnorynkowych i zdroworozsądkowego podejścia do kwestii obyczajowo-społecznych. To nie byli ludzie przypadkowi, chwilowo zauroczeni jednym hasłem czy piarowskim chwytem. Gdzieś później gubiła się ich wiara w sens nieokreślonego czasowo popierania jednej opcji – zamiast tego były najczęściej iluzje POPiS-owskie, ale niekoniecznie ginęła w nich swego rodzaju tęsknota np. za prawdziwym rynkiem i normalnością. Paradoksem może być to, że takich wierzących, ale niepraktykujących przyciągną do starej idei obecni chwilowi buntownicy, powodujący swoimi wyborami wzrost poparcia dla Nowej Prawicy. Dlatego w tym przypadku nie musi to być typowy efekt śnieżnej kuli i owczego pędu, gdzie wszystko zależy od koniunktury i propagandy. To oczekiwanie jest tym bardziej konieczne, gdy widzimy, jak bardzo obecny układ próbuje powstrzymać i zdusić pojawiające się dopiero oznaki pewnego wyłomu w dotychczasowym systemie politycznym.

REKLAMA