Finansowego Armagedonu nie da się uniknąć

Inżynieria finansowa także ma swoje granice. Mimo chwilowej poprawy stanu światowej gospodarki należy przygotować się na głębszy kryzys niż wszystkie znane do tej pory.

Najbardziej niepokojącym zjawiskiem jest dramatyczny wzrost długu publicznego w najważniejszych krajach świata, którego dynamika w ciągu ostatnich pięciu-dziesięciu lat jest niespotykana w historii ludzkości. Czy czeka nas więc załamanie, przy którym Wielka Depresja to tylko bajka dla grzecznych dzieci?

Długi nie do spłacenia

Zadłużenie wielu krajów, takich jak Stany Zjednoczone, Portugalia czy Włochy, przekroczyło już 100 proc. PKB, natomiast w Grecji jest to już 170 proc. PKB, a w Japonii – 211 procent! Końca zadłużania się państw nie widać. Ministrowie finansów wyczerpali już praktycznie wszystkie możliwości, aby zahamować ten trend. Tym bardziej że z przyczyn politycznych nikomu nie spieszy się do radykalnych reform. W demokracji głosy wyborców trzeba kupować, a takie podejście przyspiesza tylko globalną katastrofę.

Praktycznie, przy bardzo niskim bądź zerowym tempie wzrostu gospodarczego, obecne długi zaciągane przez rządy są nie do spłacenia. Jedyną metodą wydaje się ich umorzenie, ale dla banków, które same żyją przecież z lewarowania, byłby to krok graniczący z samobójstwem. Poziom lewarowania w największych amerykańskich bankach to nawet kilkadziesiąt do jednego. Innymi słowy: wszystko, co posiadają finansiści, jest na wielokrotny kredyt.
Gdy zsumujemy ze sobą dług publiczny i dług prywatny, okazuje się, że otrzymujemy liczby, które przekraczają naszą wyobraźnię. Dług jest spłacany zaciąganiem kolejnego – i tak w kółko. Otrzymujemy pajęczynę powiązań, w których chyba już nikt się nie jest w stanie zorientować. Łączne zadłużenie świata może więc być nawet czterokrotnie wyższe niż istniejące aktywa. Oznacza to, że granica zdrowego rozsądku w życiu na kredyt została już dawno przekroczona.

Podczas gdy rządy, obiecując socjalne raje, zadłużały się bez opamiętania, obywatele zostali z długami, których nie będą w stanie spłacić przez pokolenia. Są to po prostu długi bez pokrycia, wykreowane przez papierowy pieniądz, za sprawą kreatywnej księgowości bankierów i ministrów finansów. Jest to jeden wielki kłamliwy system, który obecnie chwieje się w posadach.

Chiny… i co dalej?

Na lidera światowej gospodarki typowane są Chiny. Jest to już trzeci globalny inwestor na świecie – po Stanach Zjednoczonych i Japonii (czwarta jest Rosja). W najbliższych latach Chińczycy zainwestują w różnych krajach pół biliona dolarów. Na chińskich inwestycjach zyskują głównie Amerykanie. Chińczycy inwestują jednak wszędzie w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej. Najmniej na inwestycjach zyskuje Europa. Jest to zupełnie zrozumiałe. Chińczycy inwestują w nieruchomości, projekty wydobywcze, motoryzację czy telekomunikację. W Europie kupują i sprzedają głównie gotowe towary.

Dlatego to, czego Unia Europejska nie zyskuje w inwestycjach, zarabia na handlu.

Zarówno Stany Zjednoczone, jak i Unia Europejska robią wszystko, co mogą, aby przeciwstawić się azjatyckiej dominacji w przyszłości. Jednym z elementów ma być Partnerstwo Transatlantyckie – strefa wolnego handlu obejmująca dwie tradycyjnie najważniejsze gospodarki świata: północnoamerykańską i europejską. Łącznie to przecież nie tylko największy obszar inwestycji zagranicznych, ale także ich największy eksporter i partner inwestycyjny.

Po ostatnim kryzysie finansowym globalizacja gospodarcza znów nabrała tempa i wskaźnik bezpośrednich inwestycji zagranicznych stale rośnie. Wzrasta też wymiana handlowa między obydwoma partnerami. W USA funkcjonuje blisko 25 tys. europejskich firm, a w UE prawie dwa razy więcej amerykańskich. Co zrozumiałe, Amerykanie najmocniej zainstalowali się na Wyspach, ale coraz śmielej wkraczają do takich krajów jak Francja, Niemcy czy chociażby Polska. Amerykańskich firm w Polsce jest więcej niż w Danii, Portugalii, Finlandii czy wszystkich środkowo- i wschodnioeuropejskich krajach Unii.

Kiedy upadek?

Kiedy nastąpi apogeum wydolności obecnego systemu? Wielu inwestorów sądzi, że może to być już 2016 roku, gdy nie uda się zatrzymać rosnącej fali zadłużenia i gospodarka będzie musiała wejść w recesję. Miliarder Donald Trump utrzymuje, że Stany Zjednoczone wkrótce staną się drugą Hiszpanią czy Grecją, ale na znacznie większą skalę. Dlatego Ameryka wkrótce będzie bądź już jest w pewnym stopniu posłusznym dłużnikiem Chińczyków. Inwestor nie jest optymistą i w ostatnim wywiadzie dla Fox News prognozował, że bezrobocie w USA wkrótce zacznie osiągać poziomy europejskie, czyli ok. 20 procent. Trzeba przypomnieć, że większym pesymistą był tylko Robert Wiedemer, który już w 2006 roku przewidział bańkę na rynku nieruchomości. Wiedemer sądził, że już w 2012 roku bezrobocie w USA przekroczy 50 proc., inflacja – 100 proc. a spadek wartości na rynku akcji – 90 procent. Jego kasandryczne przepowiednie jednak się nie spełniły.

Teraz jednak może być inaczej. Cóż więcej mogą zrobić rządy, aby zachować swoje i części obywateli status quo? Oprócz drastycznych reform, które muszą zakłócić spokój społeczny, mogą jeszcze zlikwidować papierowy pieniądz i zastąpić go elektronicznym. To spowodowałoby większą kontrolę nad pieniądzem i wykreowałoby nowe narzędzia inżynierii finansowej. Jest to jednak jedynie odwlekanie wyroku w nieskończoność. Prawda o finansach jest i tak powszechnie znana, a kłamstwa o wiecznym dobrobycie nie da się już dłużej bronić.

Comments are closed.