Terrorystyczny kalifat. Nowy Bin Laden

Bojownicy dżihadu z ugrupowania Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie stosunkowo niedawno pojawili się na wojennej scenie bliskowschodnich zmagań. Ale natychmiast powiało grozą. Lider organizacji, Abu Bakr al-Baghdadi, błyskawicznie przekształcił tę zbieraninę islamistów w najbardziej niebezpieczną i siejącą strach grupę terrorystyczną w całym regionie. Właśnie rozpoczęli tam kompleksową transformację polityczną: zakładają nowe państwa, wytyczają nowe granice, wyznaczają zasady życia społecznego.

W palącym żarze południowego słońca brygadier Saad Maan wlecze się do sztabu irackiej armii w Bagdadzie. Adiutanci i współpracownicy co rusz wtykają mu jakieś papierzyska, składają meldunki. Jego telefon komórkowy dzwoni bez przerwy. Służbisty Maan jest publicznym obliczem irackiego aparatu bezpieczeństwa. Do niedawna jego praca ograniczała się niemal wyłącznie do wyjaśniania, co zrobi armia i policja w odpowiedzi na powtarzające się terrorystyczne ataki w Bagdadzie. Ale od jakiegoś miesiąca Maan nie powtarza już o jakichś tam „incydentach”. Mówi o „froncie walk”, bo iracka armia toczy teraz prawdziwą batalię. – Największe niebezpieczeństwo nie grozi nam z północy. Raczej z południa i zachodu. Czai się pomiędzy farmami i kanałami Babilonii, wśród pól i palmowych ogrodów Anbaru – tłumaczy oblegającym go dziennikarzom.

Droga łącząca Bagdad z lotniskiem przez parę dni była praktycznie nieprzejezdna – bo zatkana gigantycznym samochodowym korkiem. Ludzie panicznie przyspieszali swój wyjazd z miasta. Ambasady ewakuowały swój personel, zagraniczne firmy z pośpiechu zamykały biura i odsyłały większość personelu i robotników do macierzystych krajów. Ceny paliwa i żywności zapikowały, niebotycznie podniosły ceny swych usług agencje ochroniarskie. A wszystko to za sprawą bojowników Islamskiego Państwa w Iraku i Lewancie (ISIS), którzy w połowie czerwca opanowali Mosul – drugie co do wielkości miasto kraju – a wkrótce potem pomaszerowali na Tikrit, rodzinne miasto Saddama Husajna. Teraz sunniccy fanatycy stoją zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od bram Bagdadu.

Nowy Bin Laden

To były szybkie narodziny demona. Jeszcze nie tak dawno temu ISIS było tylko jedną z licznych rebelianckich grup zaangażowanych w syryjskiej wojnie domowej. Teraz rozsiewa przemoc, cierpienia i strach na rozległych połaciach dwóch państw. A jego ponura sława i fama o jego tajemniczym liderze Abu Bakr al-Baghdadim ogarnęła już cały świat.

Istnieje zaledwie parę, zresztą kiepskiej jakości, zdjęć al-Baghdadiego. Ale nagle stał się on niekwestionowanym liderem światowego dżihadu, skrytym następcą Osamy bin Ladena. Nawet wywiad i tajne służby wiedzą o nim niewiele więcej ponad to, że niegdyś należał do Al-Qaidy, a potem usamodzielnił się i zaczął działać na własny rachunek. Teraz obwołał się kalifem i kontroluje terytorium Syrii i Iraku dorównujące wielkością sąsiedniej Jordanii. I rzeczywiście jedna strefa wojny jednoczy obecnie części obu państw. Uzbrojone pojazdy bojowników ISIS bezkarnie przejeżdżają z Iraku do Syrii, by brać udział w walkach z siłami prezydenta Asada, a po przeprowadzonych akcjach iraccy dżihadyści „na urlopy i przepustki” wracają w rodzinne strony. Strefa kontrolowana przez ISIS stanowi de facto odrębne państwo, którego zresztą nie omieszkali oni proklamować. Od 29 czerwca trzeba bowiem na politycznych mapach Bliskiego Wschodu kreślić kontury Państwa Islamskiego, którego co prawda nikt nie uznaje, ale którego panicznie boją się wszyscy sąsiedzi.

Narodziny kalifatu

Pierwszego dnia ramadanu Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie ogłosiło powstanie kalifatu Na jego czele stanął wybrany przez szurę lider ugrupowania, szejk Abu Bakr al-Baghdadi. Zapowiada, że kalifat będzie rozszerzany na kolejne państwa Bliskiego Wschodu. We własnym przekonaniu stał się przywódcą wszystkich muzułmanów na świecie.

Abu Bakr al-Baghdadi wciąż pozostaje tajemniczą postacią. W przeciwieństwie do bin Ladena, który okazjonalnie pojawiał się publicznie i ściągał uwagę świata, obecny kalif i przywódca Państwa Islamskiego pozostawał w cieniu. Nikt go nie widział, a jego legenda stale rosła. I choć Amerykanie wycenili jego głowę niżej niż przywódcy Al-Qaidy, Ajmana al-Zawahiriego (za ujęcie Baghdadiego dają 10 mln dolarów, za schwytanie Zawahiriego oferują 15 mln), to młodzi żarliwi dżihadyści w ogóle nie zawracają sobie głowy jakimś tam Egipcjaninem. Dla nich Al-Qaida to zbyt zhierarchizowana, nieelastyczna organizacja z przeszłości. Natomiast ISIS sprawdza się w codziennej rozprawie z niewiernymi i zdrajcami islamu.

Prawdziwe nazwisko al-Baghdadiego to zapewne Ibrahim al-Badri. Urodził się w 1971 roku w irackim mieście Samarra, studiował prawo na Uniwersytecie Bagdadzkim. Później najprawdopodobniej uczył w szkole i prowadził modły w sunnickim meczecie na północy kraju. Wkrótce po amerykańskiej inwazji al-Baghdadi przystąpił do ruchu oporu. Nie podziałał długo, bo już w lutym 2004 roku Amerykanie uwięzili go w obozie koncentracyjnym Camp Bucca w pobliżu portowego miasta Umm-Qasr. Pustynny obóz pobudowano dla 5 tys. więźniów, tymczasem upchnięto tam 9 tys. Irakijczyków. Warunki życia były więc tam podłe. Jednak pod koniec 2004 roku Amerykanie popełnili wielki błąd: komisja wojskowych ekspertów uznała al-Baghdadiego za zupełnie niegroźnego i „uwolniła bez stawiania żadnych warunków”.

33-letni ekswięzień wyruszył do Bagdadu. Nie posiadał pieniędzy ani broni, ale miał wielką wizję i poczucie misji dziejowej. Zamierzał utworzyć wielki sunnicki kalifat, rozciągający się od Syrii po Zatokę Perską. Będąc na swobodzie, al-Baghdadi rozpoczął szybki marsz na szczyty islamskiego podziemia.

Na czele ISIS al-Baghdadi stanął gdzieś około 2010 roku. Już dwa lata później pchnął swych wojowników do Syrii, aby zwalczali prezydenta Baszara al-Asada. I „lewantyńczycy” wyszli z niebytu. Usłyszał o nich i zadrżał cały świat. Szybko stali się największą i najbardziej skuteczną siłą walczącej opozycji. Brutalni, przekupni, pazerni szybko poznali i wykorzystali piętę Achillesową syryjskiej opozycji – brak jedności. Nic dziwnego, że często walczyli na dwa fronty. Zamiast atakować siły prezydenckie, niszczyli też słabszych przeciwników znienawidzonego reżimu. Kiedy pod miasteczkiem Ar-Rakka jedna z brygad Wolnej Armii Syrii (FSA) odmówiła współpracy, do jej kwatery głównej ISIS wysyłał po kolei czterech samobójczych zamachowców. W zdobytym po tygodniu walk mieście Dżarabulus dżihadyści z ISIS rozpoczęli swe rządy od wymordowania przetrzymywanych w tamtejszym więzieniu ujętych wcześniej jeńców z FSA. Ich odcięte głowy zawisły na posterunkach.

To już nie jest partyzantka

ISIS potrafi umiejętnie wykorzystać swoje podboje. Ściśle kontroluje wszelkie strategiczne instalacje przemysłowe: silosy ziarna, elektrownie, piekarnie. Po opanowaniu nadmorskiego Aleppo wprowadziło myto od chcących korzystać z tutejszego portu. Po opanowaniu pól naftowych i szybów wiertniczych nie wahało się sprzedawać ropy nawet reżimowi Asada, z którym podobno prowadzi wojnę na śmierć i życie. Ściąga haracze z zajętych miast i przyjmuje datki za „ochronę” sunnickich miast w Iraku. Po zdobyciu Mosulu „przejęło” w jednym z tamtejszych banków blisko 425 milionów dolarów. Ma także hojnych sponsorów wśród wielu monarchów państw znad Zatoki Perskiej i z Półwyspu Arabskiego. To sprawia że ISIS stało się zapewne najbogatszą organizacją terrorystyczną świata.

Na dobrą sprawę nikt nie wie, ilu terrorystów złączyło się w tej formacji. 7 tysięcy? A może nawet i 15 tysięcy. Szeregi pęcznieją, bo młodych bojowców kusi wysoki żołd, sięgający 1500 dolarów miesięcznie, dobre uzbrojenie oraz mnóstwo dobrych pojazdów służących do przerzucania bojowników z jednego rejonu walk w drugi.

Czy Bagdad padnie?

Sen al-Baghdadiego może się ziścić. Jego terroryści zbliżają się niebezpiecznie do Bagdadu. I wszyscy z drżeniem oczekują, co dalej się wydarzy. – Stolica jest bezpieczna. Mamy wystarczającą liczbę żołnierzy, by odeprzeć atak – zaklina się brygadier Maan. Na wszelki wypadek upewnia się jednak, że „otrzymamy pomoc amerykańskiego lotnictwa”. Ale ten wojskowy jest chyba osamotniony w swym optymizmie. No, może podzielają go jeszcze jego współpracownicy lub tylko robią dobrą minę do złej gry. W północnym Iraku armia się nie popisała. Żołnierze zwiewali, gdy tylko pojawiły się słuchy, że widziano kolumny bojowników ISIS podążające w ich stronę. O desperackiej obronie Bagdadu mówi także Wielki Ajatollah Ali al-Sistani, najwyższy autorytet i duchowy przywódca irackich szyitów. Wezwał on wiernych do obrony świętych miejsc i na jego apel zgłosiły się tysiące ochotników.

Bo najnowsze działania wojenne w Iraku to nie jest jakiś żałosny zamach islamistów na państwo. To przede wszystkim krwawa wojna pomiędzy tamtejszymi sunnitami a szyitami. Szyici stanowią większość w Iraku, ale reprezentują zaledwie 15-procentową mniejszość w całym świecie islamu. Iraccy sunnici czują się dyskryminowani przez zdominowany przez szyitów rząd premiera Nuriego al-Malikiego. W szeregach Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu walczą bojownicy sunniccy, którzy te resentymenty współwyznawców szybko wykorzystali. Na opanowanych terenach nie tylko bezlitośnie traktują wyznawców chrześcijaństwa, ale rozprawiają się także z „muzułmańskimi schizmatykami”. Dlatego terroryści al-Baghdadiego otrzymują wsparcie od innych sunnickich milicji w Iraku, lokalnych szejków, a nawet pogrobowców Saddama Husajna. – Kochany wujku Issacie, już wypatruję rychłego powrotu do domu – szczebiotała podekscytowana córka byłego dyktatora, od lat przybywająca na wygnaniu. Jej „ukochany wujek” Issat Ibrahim al-Duri był niegdyś politycznym zastępcą Saddama, a teraz walczy w szeregach ISIS.

Przed Irakiem stoi widmo rozpętania wojny religijnej. Bojownicy Państwa Islamskiego zapowiadają zbezczeszczenie i zniszczenie świętych dla szyitów świątyń i miejsc w Nadżafie, Karbali, Samarze. Ochotnicy ajatollaha Sistaniego ślubują krwawy odwet. I jakby tego było mało, przywódcy Kurdów już machnęli ręką na terytorialną jedność Iraku. – Nie sądzę, żebyśmy utrzymywali tę fikcję nadal. Już dłużej nie pozostaniemy razem – zapowiada Neczirwan Barzani, przywódca regionalnego rządu autonomicznego Kurdystanu na północnym wschodzie kraju.

Iran w sojuszu z Ameryką

Regionalne mocarstwa są mocno zaniepokojone powstałą sytuacją. Iran, który wspiera irackich szyitów, już zagroził podjęciem militarnej interwencji. Sunnicka Arabia Saudyjska natychmiast przestrzegła przed jakimkolwiek „wpisywanem interwencji do planów zagranicznych polityków”, nie wymieniając jednak expressis verbis Iranu. Pluć w brodę muszą sobie także Turcy. Widmo wolnego Kurdystanu tuż przy granicy nie pozwoli spać spokojnie politykom z Ankary. Sami sobie sprokurowali taki los. Chcąc obalić swego arcywroga Baszara al-Asada, pozwolili radykalnym islamistom przekraczać granicę Turcji dowolną ilość razy, leczyli ich rannych w tureckich szpitalach, zezwalali na niekontrolowany przepływ zagranicznych ochotników do ISIS. Teraz Turcy stracili kontrolę nad swym niedawnym sojusznikiem.

Stany Zjednoczone, które w 2003 roku obaliły Saddama Husajna i militarnie okupowały Irak przez kolejnych osiem lat, usiłując pogodzić zwaśnionych wyznawców Mahometa i zaprowadzić tam jako taki porządek przypatrują się bezsilnie. Dla prezydenta Baracka Obamy ostatnie wydarzenia to prawdziwa katastrofa. Kandydując do Białego Domu, obiecywał szybkie wycofanie amerykańskich żołnierzy z Iraku. Z tego zobowiązania się wywiązał. Ale tarapaty, w jakie popadł rząd w Bagdadzie, sprawiają, że zanosi się na rychły powrót Amerykanów. Początkiem było wysłanie tam 300 doradców wojskowych i skupienie na Iraku uwagi amerykańskich agencji wywiadowczych.

Reklama / Advertisement

Comments are closed.