Przepowiednia inżyniera Ossowieckiego

Umarł Kazimierz Świtoń, który jako pierwszy w PRL, w lutym 1978 roku, utworzył Wolne Związki Zawodowe wraz z Romanem Kściuczkiem i trzema innymi osobami. Wprawdzie w PRL związki zawodowe istniały i nawet były zrzeszone w Centralnej Radzie Związków Zawodowych, na czele której z ramienia partii stał najsampierw były (?) agent sowieckiej razwiedki „Grigorij”, czyli Ignacy Loga-Sowiński, a potem Władysław Kruczek, ongiś partyjny wielkorządca Rzeszowa – ale Wolne Związki partii nie podlegały ani nawet nie zapytały jej o pozwolenie. Z tego powodu zarówno Kazimierz Świtoń, jak i pozostali uczestnicy Wolnych Związków zostali poddani represjom i ustawicznemu nękaniu – bo w mniemaniu partii i bezpieki, jeśli gęgają żoliborscy inteligenci, to wprawdzie jest karygodne, jak najbardziej, ale nie tak znowu groźne – tymczasem Wolne Związki Zawodowe wchodziły na teren „klasy robotniczej”, na którą partia nieustannie się powoływała. Takiej zarazy w Grenadzie tolerować nikt nie zamierzał, toteż bezpieczniacy wyżywali się na Świtoniu, ile wlezie. Warto o tym pamiętać zwłaszcza dzisiaj, kiedy kolejne pokolenie ubeckich dynastii stręczy się z amikoszonerią, że to niby oni po tamtej, a my po innej stronie barykady – ale wszyscyśmy walczyli „o tę Polskę, o Ojczyznę najboleśniej zatroskani”.

W tak zwanej wolnej Polsce Kazimierz Świtoń został posłem i 4 czerwca 1992 roku wykrzyczał na sali sejmowej informację, że wśród konfidentów, o których informacje dostarczył znienawidzony minister Antoni Macierewicz, jest również prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Wałęsa. Na wniosek Jana Rokity, rozpoczynającego wówczas karierę krwistego „państwowca”, ta informacja została wykreślona ze stenogramu sejmowego, zgodnie z zasadami obowiązującymi w Ministerstwie Prawdy – ale ślad po wykreśleniu, ku wiecznej hańbie Jana Rokity, pozostał i pozostanie.

Po zakończeniu kadencji Sejmu Kazimierz Świtoń posłem już nie został, zasłynąwszy później akcją obrony krzyża w Oświęcimiu, za co, podobnie jak za inne działania, bywał skazywany przez niezawisłe sądy, co to jak dostaną rozkaz, żeby skazać – to skazują, a jak dostaną rozkaz, żeby uwolnić – to uwalniają. Te wszystkie udręki musiały popchnąć Kazimierza Świtonia w kierunku mistycyzmu.

Któregoś razu z niepokojem usłyszałem z jego ust rewelację, że zwłoki świętego Maksymiliana Kolbe nie chciały się spalić w oświęcimskim krematorium, toteż Niemcy – to znaczy oczywiście nie Niemcy, jacy tam znowu „Niemcy”, kiedy wiadomo, że w Oświęcimiu żadnych Niemców nie było, tylko sami „naziści” – więc że ci źli naziści zakopali ciało gdzieś na terenie obozu, ale moment odnalezienia tego miejsca jest coraz bliższy – a kiedy już się to stanie, Polska wejdzie w okres wiecznej szczęśliwości. Zaniepokoiło mnie to, bo zaraz pomyślałem sobie, że bezpieka szykuje obrzydliwą prowokację: wykopią jakiś szkielet, powiedzą, że to św.
Maksymilian Kolbe, konfidenci dostaną rozkaz, żeby się tam gromadzić, doznawać licznych łask i cudów – no a potem wszystko zostanie ujawnione i Magdalena Środa z Grzegorzem Piotrowskim będą mieli używantes.

Nawiasem mówiąc, nastroje mistyczne pojawiają się przeważnie w okresach beznadziei. Właśnie Czytelnik nadesłał mi fragment wspomnień o inżynierze Stefanie Ossowieckim, zażywającym i przed wojną, i w czasie okupacji reputacji jasnowidza: „– Była już druga w nocy, gdy odprowadziłem mego gościa do jego pokoju – brzmi relacja z końca sierpnia 1939 roku o Ossowieckim, spisana przez Juliusza T. Dybowskiego. – W bibliotece usiedliśmy na chwilę i zapaliliśmy cygara. Stefan puścił kilka kłębów dymu, nagle zasłonił oczy ręką, ale dostrzegłem, że po twarzy spływają mu łzy. – Mistrzu, co się stało, na Boga – spytałem. – Ossowiecki blady i spięty spojrzał mi w oczy. – Nieszczęście… Jesteśmy w przededniu wojny i już tylko dzielą nas od niej dni. – Przecież pan mówił przed chwilą nam co innego… – A cóż mogłem powiedzieć? – odparł inżynier – Był u mnie pół roku temu marszałek Rydz-Śmigły i powiedziałem mu dokładnie to samo, co powiedziałem marszałkowi Piłsudskiemu w 1934 roku, kiedy podpisywaliśmy z Niemcami traktat o nieagresji. Jeden i drugi wziął ode mnie przyrzeczenie, że nikomu o tym publicznie nie powiem. – Jak daleko dojdą Niemcy? – Cała Polska zajęta, gruzy, krew, mord! Idą dalej w głąb Rosji, daleko, daleko… – Do Uralu? – Ossowiecki zastanowił się przez chwilę. – Do Kaukazu. Państwa Osi przegrają wojnę. Niemcy i Japonia będą okupowane, Włochy wyzwolone. Zwycięzcy Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Rosja spotkają się na konferencji i spowodują nowy ład w Europie. – A co z Polską? – Będzie i Polska! Ale za jaką cenę… Najpierw będą nią władali komuniści, a później szubrawcy i świnie. Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz. Tego ani ty, ani ja nie doczekamy… Dopiero wnukowie… Warto jednak wiedzieć, że tak się stanie…”.

No proszę! Wygląda na to, że inżynier Ossowiecki wszystko przewidział! Teraz jesteśmy w tej drugiej fazie, ale wkrótce – ho, ho! Ciekawe, czy pan prezydent Komorowski też odwiedza jakichś jasnowidzów, czy też prognozy na przyszłość naszego nieszczęśliwego kraju czerpie z telewizji, gdzie jak tylko coś się dzieje, to resortowa „Stokrotka” woła generała Dukaczewskiego albo w ostateczności generała Czempińskiego, a ci mówią nie tylko jak jest, ale i jak będzie. Mniejsza zresztą z tym, bo przepowiednia inżyniera Ossowieckiego znakomicie potwierdza moją ulubioną teorię spiskową, według której Polską nie rządzą Umiłowani Przywódcy, tylko bezpieczniackie watahy, reprodukujące się już w drugim, a nawet i trzecim pokoleniu. No bo jeśli „szubrawcy i świnie”, to jakże inaczej? A co do świetlanej przyszłości Polski, to inżynier Ossowiecki zagadkowo powiedział, że wprawdzie powstanie „jeszcze większa niż jest”, ale dopiero „na koniec”.

Czyżby to rozdęcie imperialne oznaczało zarazem finis Poloniae? To nawet bardzo prawdopodobne, bo jeśli nawet Judeopolonia będzie terytorialnie większa od III RP, to będzie to już całkiem inne państwo, a nawet całkiem inny kraj. Inżynier Ossowiecki to właśnie mógł przewidzieć, ale przez politykę wszystkiego swemu rozmówcy nie powiedział…