Rynki finansowe czyli wielkie kasyno

Jeszcze w 1986 roku na londyńskiej giełdzie wszystkie transakcje przechodziły przez ręce wąskiego grona uprzywilejowanych firm. Dziś granie na giełdzie stało się jedną z gier na smartfona.

Prawdziwym symbolem naszej epoki są reklamy platform tradingowych, z których można korzystać przy pomocy tabletów, a nawet smartfonów. Platform tych jest z każdym dniem coraz więcej, a ludzie są zachęcani do korzystania z nich na wiele różnych sposobów, np. poprzez przyznawanie specjalnych bonusów na rozpoczęcie handlu. Nazwy platform tradingowych możemy dziś zobaczyć na okładkach gazet, na koszulkach sportowców, na ulicznych bilbordach – słowem: wszędzie.

Powszechność tradingu, wbrew wszelkim pozorom, nie wynika tylko i wyłącznie z obecności internetu czy też oprogramowania komputerowego, które umożliwiają handel praktycznie przez całą dobę w każdym miejscu na świecie. To zaledwie pewne dodatkowe zjawisko towarzyszące innego rodzaju zmianom, odnoszącym się do samej struktury światowych rynków papierów wartościowych.

Państwowe giełdy, na których handlowano obligacjami, praktycznie zawsze ograniczały dostęp do pośredniczenia w dystrybucji papierów wartościowych. Na paryskiej giełdzie jeszcze w XIX wieku większość transakcji dokonywało kilku maklerów stojących pod filarami nie największego pomieszczenia tamtejszej bursy. Choć wolumen notowanych akcji i obligacji stopniowo się zwiększał, przez długi czas przywilej obrotu papierami wartościowymi podlegał tylko nielicznym, naznaczonym przez państwo firmom maklerskim.

Pierwsze zmiany w skostniałej strukturze zdominowanych przez wąskie grono beneficjantów finansowych giełd wymusiły coraz większe obroty oraz liczba emisji. Giełdy w Londynie, Nowym Jorku i Paryżu stopniowo przyjęły formę spółek (jeszcze nie akcyjnych), należących jednak wciąż do tego samego, wąskiego grona grup interesu. Na parkietach pojawiło się więcej brokerów, ale reprezentowane przez nich firmy pobierały wciąż bardzo wysokie prowizje za transakcje.

Wielka „fala płynności” na wiodących światowych giełdach nastała jednak dopiero na początku XX wieku, gdy w większości krajów świata powstały banki centralne (a przede wszystkim amerykańska Rezerwa Federalna, powołana do życia w 1913 roku). Jak wiadomo, banki centralne sprawiają, iż banki komercyjne mogą emitować niespotykane w normalnych warunkach ilości kredytu w oparciu nawet o skąpe zasoby depozytów.

Łatwo dostępny kredyt sprawił z kolei, że na całym świecie nastąpiła eksplozja „przedsiębiorczości”, czego świadkami jesteśmy do dziś. Codziennie powstają nowe firmy, tworzone są kolejne technologiczne innowacje, a wzajemna konkurencja między nadmuchanymi przez łatwy kredyt firmami i korporacjami przekłada się na zwiększone obroty na giełdach. Firmy przychodzą na giełdę po dodatkowe środki na rozwój i inwestycje, przez co panuje na niej wzmożony ruch.

Obydwie wojny światowe doprowadziły do czasowego zastoju na światowych giełdach (choć – co niezwykle ważne – nie do regresu!), lecz w drugiej połowie XX wieku sponsorowany przez państwo karnawał kredytowy rozpoczął się na nowo. Obroty na giełdach wciąż rosły, a towarzystwo skupione wokół spółek zarządzających największymi giełdami świata zarabiało fortunę. Z tego powodu coraz więcej osób zaczęło korzystać z rynku pozagiełdowego.
Dodatkową presję zaczęły ponadto stwarzać potężne od lat pięćdziesiątych fundusze emerytalne i inwestycyjne, które inwestując na giełdzie (fundusze emerytalne są do dziś głównymi inwestorami na rynku państwowych obligacji) grube miliardy, zaczęły się buntować przeciwko wysokim prowizjom płaconym towarzystwu wzajemnej adoracji sprawującym kontrolę nad giełdami.

Długo wyczekiwane zmiany nastąpiły dopiero odpowiednio w 1975 roku w Nowym Jorku i w 1986 w Londynie, kiedy to koncesjonowani przez państwo brokerzy zgodzili się znieść sztywne i wysokie marże pobierane od giełdowych transakcji. W tym czasie działały już pierwsze komputerowe programy i platformy do gry na giełdzie, ale największe giełdy wciąż nie chciały ich przyjąć, troszcząc się o własne zarobki. Ostatecznie nowojorska giełda (NYSE) zrezygnowała z usług tradycyjnych brokerów dopiero w 2006 roku (gdy jej szefem został były człowiek numer dwa w Goldman Sachs).

Stopniowe likwidowanie barier dostępu do gry na giełdach oraz nowe technologie informatyczne nie są jednak w stanie wyjaśnić aż tak wielkiej popularności i powszechności tradingu. Gra na współczesnej giełdzie, tak jak każda forma hazardu, stała się dziś popularna ponad wszelką miarę. Hazardem zajmowała się od zawsze pewna wąska grupa ludzi, lecz w ostatnich latach traderów przybywa w postępie wykładniczym.

Co to oznacza? Przede wszystkim nadreprezentacja graczy giełdowych świadczy o tym, iż zamiast oddawać się produkcyjnym, tj. wytwórczym zajęciom (jak np. praca fizyczna), coraz więcej osób oddaje się czystej spekulacji. Warto mieć na uwadze, że pierwszym w nowożytnej historii okresem, w którym gra na giełdzie była tak popularna, były lata dwudzieste w USA – o tym, jak to się skończyło w 1929 roku, nie trzeba chyba nikomu przypominać.

Najbardziej popularna forma tradingu, czyli Forex (giełda walutowa), to w zasadzie czysty hazard. Grający na rynku mogą wprawdzie dokonywać pewnych racjonalnych prognoz na podstawie sytuacji polityczno-gospodarczej, lecz zasadniczo cały proceder opiera się na zakładzie z jednym z wielkich banków (Citigroup, Barclays, Deutsche Bank itd.) o to, czy kurs waluty wzrośnie, czy spadnie. Zakładem z właścicielem kasyna – czyli wielkim bankiem – jest właściwie cały rynek derywatów, który odpowiada za ogromny wzrost wolumenu transakcji na największych giełdach. Jeżeli masz wiedzę i dużo szczęścia, wielki bank pozwoli Ci nawet na wielkie zarobki.

Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, aby zapewnić płynność rynku. Wielkie banki, które są organizmami żyjącymi w symbiozie z państwem i politykami, posiadają zawsze najbardziej świeże wiadomości, które potrafią wykorzystać w najbardziej odpowiednim momencie, dokonując operacji sprzedaży lub kupna, nim cała reszta świata dowie się, że należy uczynić tak samo. Szarzy gracze na rynku, których dziś liczy się w milionach, są wielkim bankom potrzebni przede wszystkim po to, aby zawsze znalazł się ktoś chętny do zakupu lub sprzedaży.

Zdaję sobie sprawę z tego, że Czytelnik mojego tekstu może odnieść słuszne wrażenie, że nie darzę współczesnego świata finansów i giełd nazbyt pozytywnymi uczuciami. Nie wynika to jednak z żadnych uprzedzeń ani zawiści wobec wielkich sum, które można w nim zarobić. Moje zastrzeżenia dotyczą przede wszystkim pewnych instytucjonalnych zarządzeń, które sprawiają, iż tak zwane rynki finansowe stanowią tak naprawdę jedno wielkie kasyno, w którym krupierem jest państwo.

Gdyby ze współczesnego finansowego krajobrazu odjąć takie elementy konstytutywne jak banki centralne, państwowe obligacje, przymusowe ubezpieczenia emerytalne oraz papierowe waluty nie posiadające oparcia w złocie, obecna epoka tradingu powszechnego skończyłaby się w sposób nagły i dramatyczny. Giełdy – tak jak w średniowieczu – na powrót zajęłyby się przede wszystkim handlem towarami, papierami wartościowymi byłyby znów przede wszystkim weksle handlowe, a firmy, zamiast szukać pieniędzy na rozdętych do granic absurdu giełdach, zaczęłyby wreszcie opierać swoje inwestycje na własnych oszczędnościach.

Na razie jednak wciąż żyjemy w epoce tradingu powszechnego, a państwo stawia nas w dość kłopotliwej sytuacji, którą można streścić mniej więcej następująco: zacznij grać albo powierz swoje oszczędności komuś, kto się tym profesjonalnie zajmuje. Masz szansę, że wygrasz i będziesz bogaty. Jeśli nie spróbujesz, będziesz coraz biedniejszy. Z tego kasyna nie ma wyjścia.

Comments are closed.