Pierwsze ludobójstwo XXI wieku. Nadchodzi czas nowej krucjaty

To pierwsze ludobójstwo XXI wieku, a świat okazuje głęboką obojętność. Ukrzyżowania, ścięcia, wbijanie na pal, gwałty i niewola. To parę przykładów metod mordów i terroru stosowanych przez zbirów z Państwa Islamskiego i innych ekstremistycznych grup, które pustosząc rozległe połacie Iraku i Syrii, dążą do wyplenienia chrześcijaństwa, obecnego na tych terytoriach od I wieku n.e., i do wybicia co do nogi lub przepędzenia jednych z najstarszych społeczności wyznawców Chrystusa na Ziemi.

Na zajmowanych przez siebie terenach bojownicy Państwa Islamskiego (ISIS) dokonują bestialskich mordów, gwałtów i wypędzeń. Potrafią obcinać głowy, a nawet przecinać na pół dzieci. Chrześcijańskie kobiety są porywane i kierowane do sprzedaży jako seksualne niewolnice. Zabito tysiące osób, miliony uciekają przed nimi w popłochu. Jesteśmy niemymi, biernymi świadkami potencjalnego końca chrześcijaństwa na Bliskim Wschodzie.

I nikt nie robi nic, by chronić te starożytne społeczności przed zagładą. I rzeczywiście, podstarzałe gwiazdy rocka i wszelkiej maści celebryci, tak zajadle tokujący nad prawami gejów, kobiet czy ochroną jakiegoś gatunku żabki w Amazonii, nie odważyli się na słowa potępienia wobec mordowania i prześladowania chrześcijan na świecie. Zniewoleni przez polityczną poprawność boją się, że natychmiast wrzucono by ich do moherowego obozu ciemnogrodu i fanatyzmu religijnego. Będąc tak wyrozumiałymi wobec opluwających krzyż czy Biblię performerów, z pewnością nie wystąpią w obronie chrześcijańskiego dziecka zarzynanego przez bestialskich oprawców. To samo cała zgraja polityków. Co najwyżej przejdą oni w pochodzie milczenia lub paradzie równości i wygłoszą pierdoły, że „wszyscy jesteśmy Hebdo”. Ale publicznie zawsze pospiesznie odżegnają się od najmniejszego nawet powiązania z krzyżem czy z wyznawcami Chrystusa. Swą tchórzliwą postawę oczywiście uzasadnią „świeckością i neutralnością” piastowanego urzędu.

Obojętność elit

Odwracają wzrok od mordowanych chrześcijan i udają pochłoniętych innymi sprawami. Będą więc ochoczo wprowadzać prawa gwarantujące wszelaką wolność deprawacji i moralnego rozkładu. Zakazujące i karzące rzekome formy ucisku płciowego, rasowego, kulturowego czy religijnego. Widzą i potępią przysłowiową igłę w stogu siana, natomiast nie dostrzegają lub odwracają wzrok od kłującego w oczy zakrwawionego słupa zbrodni. Bo na świecie co pięć minut ginie za swą wiarę jakiś chrześcijanin. A jego współbracia w wierze są maltretowani, grabieni, przepędzani nie tylko z domów, ale i z rodzinnych stron. Milczą parlamenty i kongresy, środowiska naukowe i uniwersyteckie. Przywódcy społeczni, dziennikarze, środowiska opiniotwórcze.
Archanioł Michał – anioł stróż ludu chrześcijańskiego stojący na czele hufów niebieskich i zwycięsko depczący smoka-szatana – jest wytatuowany na całych plecach Bretta. Ten barczysty, 28-letni Amerykanin jest weteranem wojny w Iraku i znów powrócił na Bliski Wschód. Dołączył do chrześcijańskiej milicji prowadzącej zażarty bój na śmierć i życie z Państwem Islamskim. Bratt wzmocnił szeregi chrześcijan, bo postrzega to jako biblijne starcie dobra ze złem. Nie nosi ryngrafu, ale w kieszeni na sercu ma schowaną podręczną Biblię i ulubiony obrazek Matki Boskiej.
– Walczę w obronie ludzi i dla obrony wiary. Wróg jest bardzo silny i znacznie brutalniejszy niż na frontach innych wojen w których brałem udział – tłumaczy, dlaczego jest w oddziale Dwekh Nawsha, co w języku aramejskim oznacza samopoświęcenie się.

W ciągu ostatnich dwóch lat do Iraku i Syrii ściągnęło z całego świata tysiące młodych mężczyzn, by zasilić siły Państwa Islamskiego. Tylko z Niemiec zjechało 400 islamistów; wielu z nich służyło wcześniej w Bundeswehrze, mają więc znakomite wyszkolenie wojskowe. Po kilkuset dżyhadystów zjechało tu z Francji i Wielkiej Brytanii.

Te przypadki nagłośniono w mediach, bo w lewackich rządach Europy powiało grozą i wybuchła panika, gdy uświadomiono sobie, że kiedyś, w przyszłości część tych weteranów armii kalifatu wróci w rodzinne pielesze. Ale wtedy nie będą już potulnymi niewolnikami poprawności politycznej i szaleńczego genderyzmu. I zechcą wprowadzić bliskowschodnie wzorce społeczne, obyczajowe i kulturowe także u siebie w domu. A jaką metodą to zrobią, wyraźnie pokazały już przykłady z metra w Madrycie czy Londynie.

O zachodnich najemnikach islamu pisze i mówi się sporo. Natomiast kompletna cisza panuje wokół grupki idealistycznie nastawionych ludzi Zachodu, którzy sfrustrowani bezradnością i biernością swych rządów przyjechali na Bliski Wschód, by walczyć z ultraradykalnymi islamistami i zapobiec zagładzie niewinnych ludzi. By wzorem templariuszy, joannitów czy falang libańskich maronitów bronić tutejszych chrześcijan.

Oddziały Dwekh Nawsha operują ramię w ramię z kurdyjskimi peszmergami w okolicach Równiny Niniwy. Większość tych terenów wpadła w ubiegłym roku w ręce islamistów. Mieszkańcom postawiono ultimatum: albo uznacie wiarę Allaha, albo zetniemy wam głowy mieczem. Większość ludzi w popłochu uciekła do ostałych się jeszcze paru wolnych chrześcijańskich wiosek. Ale nie wszyscy biernie przyglądają się działaniom islamskich barbarzyńców. Powstają oddziały zbrojne, które liczą ok. 5 tys. żołnierzy.

– To jedno z nielicznych miejsc w Niniwie, gdzie słychać jeszcze bicie kościelnych dzwonów – mówi Brett, walczący na froncie pod mieściną Duhok. – W innych miastach dzwony już zamilkły i z tym nie można się pogodzić – dodaje.

Brett nie zdradza swego nazwiska. Boi się o bezpieczeństwo swojej rodziny, która zostawił daleko za oceanem. Także i inni ochotnicy wolą się nie ujawniać. W chrześcijańskich oddziałach samoobronnych znalazło się już kilku Szwajcarów, paru Francuzów, Brytyjczycy, a nawet Australijczyk. Do American Mesopotamian Organization w Kalifornii zgłosiły się tysiące chrześcijan, którzy chcą stworzyć oddziały milicji i zbrojnie walczyć z Państwem Islamskim. Ale Zachód, jak na razie, jest bezczynny wobec tego pomysłu. Przed laty po zęby i na własną zgubę dozbroił islamskich radykałów, teraz jak ognia boi się przekazać choćby garść oręża w ręce chrześcijańskich sił samoobrony. Politycy wolą w nieskończoność ględzić o wsparciu politycznym i pomocy humanitarnej. Co najwyżej liczą trupy pomordowanych, ale nie kwapią się z jakąkolwiek realną akcją ratunkową.

Ludziom te obiecanki-cacanki i pustosłowie już nie wystarcza. Pokazują politykom, co trzeba robić, aby przerwać zagładę chrześcijaństwa na Bliskim Wschodzie. Coraz więcej głęboko wierzących osób rozważa możliwość odbycia „zbrojnej pielgrzymki” do Syrii lub Iraku. Mówią, że nadszedł już najwyższy czas na IX Krucjatę albo nowe Lepanto (miejsce historycznej bitwy, gdzie Święta Liga pokonała flotę imperium ottomańskiego). We Francji powstaje pierwszy oddział ochotników chcących z karabinem w ręku walczyć za wiarę. Zgromadzeni w grupie inicjatywnej Francuzi są przekonani, że są tylko forpocztą większych chrześcijańskich sił ekspedycyjnych mających bronić bliskowschodnich braci w wierze. Bo podobne oddziałki, grupki i zbrojne kupy tworzą się także w Belgii, Szwajcarii oraz na Antylach

Chrześcijańscy bojownicy

W zeszłym roku Tim na cztery spusty zamknął swą firmę budowlaną w Wielkiej Brytanii. Sprzedał dom i kupił dwa lotnicze bilety do Iraku. Jeden dla siebie, drugi dla 44-letniego programisty z Ameryki, którego poznał przez internet. Spotkali się na lotnisku w Dubaju. Stąd polecieli do kurdyjskiego miasta Suleimaniyah. Wzięli taryfę i pojechali do Duhoku. W szeregach pierwszej chrześcijańskiej brygady odnieśli pierwsze zwycięstwo – udało im się powstrzymać islamski blitzkrieg i odbić wioskę Fishkhabur, leżącą tuż przy tureckiej granicy.

– Jestem tu po to, by coś zmienić. Mam nadzieję, że powstrzymam część tych okrucieństw – wyjaśnia 38-letni Tim, pracujący wcześniej w służbie więziennej. Także inżynier oprogramowania Scott z Karoliny Północnej jest przekonany co do słuszności swej bojowej misji. Początkowo chciał przystąpić do kurdyjskich partyzantów z YPG, ale gdy na miejscu zorientował się, że są oni powiązani z lewakami z Partii Pracujących Kurdystanu, wybrał milicję asyryjskich chrześcijan. Podobnego wyboru dokonała jedyna kobieta-ochotniczka z Zachodu, która z bronią w ręku przeciwstawiała się bojownikom Państwa islamskiego. Gill Rosenberg, żydówka z Kanady, mimo wszystko wolała „tradycyjne” chrześcijańskie wartości niż lewicową ideologię o roli kobiet we współczesnym świecie.

Louis z Teksasu, były żołnierz marines, także wolał chrześcijańskie roty. Na dodatek przybył tu z własnym uzbrojeniem. Za zaoszczędzone pieniądze z czasów służby w amerykańskim korpusie piechoty morskiej kupił kałasznikowa i parę skrzynek amunicji. Bo broń to największy problem chrześcijańskich milicji. Jest droga. Za wysłużonego kałacha trzeba dać ze 3 tys. dolarów. Na tutejsze warunki to sporo. A chrześcijańscy bojownicy nie mogą liczyć na wsparcie zachodnich rządów. Pozostają wyłącznie donatorzy z Facebooka.

Urodzony w Baltimore Matthew VanDake był producentem filmowym. Kręcił filmy dokumentalne i szkolił fotoreporterów. Ale gdy na Bliskim Wschodzie w sierpniu 2014 roku zamordowano dziennikarza Jamesa Foleya i fotoreportera Stevena Sotloffa, mocno zmodyfikował swoje powołanie szkoleniowca. Zaczął szkolić irackich chrześcijan do walki z dżihadystami. Przyszło mu to o tyle łatwo, że w przeszłości sam był żołnierzem wysłanym do Iraku. Pod piękną nazwą „Synów międzynarodowej wolności” (Soli) zgromadził grupkę podobnych zapaleńców. I pod iracką mieściną Erbil założył obóz treningowy. Wśród amerykańskich chrześcijan „nie lubiących Państwa islamskiego” zebrał blisko 100 tys. dolarów, za które przeszkolił ok. 330 asyryjskich chrześcijan. Początkowo działał niemal w pojedynkę, ale obecnie ma ponad pół tysiąca aplikacji od otrzaskanych w ogniu weteranów wojny w Afganistanie i Iraku, którzy chcą zostać „instruktorami” i „doradcami” bliskowschodnich chrześcijan.

Radykałowie z Państwa Islamskiego nie kryją się ze swą średniowieczną brutalnością. Są sunnitami. Innych uznają za heretyków lub niewiernych. Ale członkowie innych odłamów islamu czy grup etnicznych – Kurdowie, szyici, jazydzi – mogą liczyć na odrobinę miłosierdzia, gdy trafią pod władanie Państwa Islamskiego. Z chrześcijanami jest inaczej. Są postrzegani jako społeczność związana z „szatańskim zachodem”, która jako taka musi zostać doszczętnie zniszczona. Rodziny chrześcijańskie to także dla bojowników ISIS źródło bogactwa. Jeśli chrześcijanin nie chce przejść na islam, to uzasadnione staje się jego zniewolenie, opodatkowanie (ów podatek to dżizja, tj. danina, którą historycznie płacili chrześcijanie i żydzi w zamian za ochronę życia – Koran 9:29), zabicie, przejęcie jego kobiety i dzieci jako wojennych łupów. Odmowa konwersji usprawiedliwia rabunek i przejęcie jego majątku. Islamiści nie tylko mordują ludzi. Tam, gdzie weszli, zniszczyli kościoły, święte pomniki, groby i dokumenty.

Jeszcze sto lat temu chrześcijanie różnych odłamów stanowili 20% mieszkańców regionu, dziś jest ich mniej niż 5%. Tam, gdzie Państwo Islamskie uzyskało władzę, rządy terroru zmuszają chrześcijan do ucieczki. W Mosulu, zanim ogarnęli go islamiści, mieszkało ok. 3 tys. chrześcijan, choć przed wojną w 2003 roku było ich 35 tysięcy. Teraz nie pozostał tam już właściwie żaden chrześcijanin. Także najważniejsze w Iraku chrześcijańskie miasto Karakosz zostało całkowicie opuszczone. Przed amerykańską inwazją na Irak w 2003 roku na Bliskim Wschodzie żyło ok 2,5 miliona chrześcijan.

Po upadku reżimu Saddama Husajna i pogrążeniu się całego Iraku w chaosie z kraju tego uciekło dwie trzecie mieszkających nad Tygrysem i Eufratem chrześcijan. W większości schronili się w Syrii w złudnej nadziei, że tu odzyskają bezpieczeństwo i spokój. Ale wówczas w politycznych gabinetach Zachodu ktoś wymyślił „arabską wiosnę”. Do Syrii zawitała ona w 2011 roku. Chrześcijanie woleli raczej wspierać rząd Baszara al-Asada, bo tylko on gwarantował im jaką taką ochronę. W rezultacie ISIS i inne muzułmańskie frakcje rewolucyjne widziały w chrześcijanach już tylko wrogów. Religijnych i politycznych.

Reklama / Advertisement

Comments are closed.