REKLAMA

Postkomunistyczna „Gazeta Wyborcza” opublikowała list otwarty kilkudziesięciu utytułowanych intelektualistów, głównie historyków, potępiających brutalnie profesora Bogdana Musiała. Naukowiec podpadł im, gdyż kilkakrotnie gniewnie ujawnił patologie drążące profesję historyka, jej skomunizowanie, skorumpowanie, przeciętniactwo oraz brak kompetencji.

Obiekt nienawistnej napaści znam. Kolegowałem się z nim podczas mego pobytu w Polsce, pomagałem mu nawet w kilku przedsięwzięciach, udostępniałem dokumenty oraz starałem się wesprzeć jego pracę na rozmaite sposoby. Bogdan głównie „rzeźbi” sam, na własną rękę, indywidualnym ogromnym wysiłkiem. Prof. Bogdan Musiał specjalizuje się w historii najnowszej, szczególnie w okresie drugiej wojny światowej. Jego donośny głos rozlegał się nie raz w kontrowersyjnych sprawach, takich jak stosunki polsko-żydowskie, komunizm itd. Jako jeden z niewielu przekopywał postsowieckie archiwa, m.in. w Moskwie i Mińsku, aby wyciągnąć nowe informacje dotyczące sowieckiej okupacji Kresów, morderczego oblicza czerwonej partyzantki oraz innych tzw. spraw trudnych. Dokopał się do sowieckich dokumentów politbiura z lat dwudziestych i trzydziestych, a na ich podstawie jednoznacznie wykazał paranoję Stalina, który uważał Polskę za regionalnego wroga numer jeden.

REKLAMA

Szczególnie wartościowe – z punktu widzenia interesów polskich – jest to, że prof. Bogdan Musiał publikuje nie tylko w języku ojczystym, ale również po niemiecku i od czasu do czasu po angielsku.

Oto część tytułów, które polecam: „Kampfplatz Deutschland: Stalins Kriegspläne gegen den Westen” (Propyläen, Berlin, 2008); „Stalins Beutezug: Die Plünderung Deutschlands und der Aufstieg der Sowjetunion zur Weltmacht” (Propyläen, Berlin, 2010); Sowjetische Partisanen in Weißrußland: Innenansichten aus dem Gebiet Baranovici 1941-1944: Eine Dokumentation” (Oldenbourg Verlag, München, 2004); „Sowjetische Partisanen 1941-1944: Mythos und Wirklichkeit” (Schöningh, Paderborn, 2009); „Konterrevolutionäre Elemente sind zu erschiessen: Die Brutalisierung des deutsch-sowjetischen Krieges im Sommer 1941” (Propyläen, Berlin, 2000); „Deutsche Zivilverwaltung und Judenverfolgung im Generalgouvernement: eine Fallstudie zum Distrikt Lublin 1939-1944” (Harrassowitz, Wiesbaden, 1999). Większość z nich jest dostępna po polsku.

Ale jest jeszcze jeden aspekt działalności tego naukowca. Otóż to swój chłop z krwi i kości. Syn ludu polskiego z Wielopola w powiecie dąbrowskim w Małopolsce, z miejscowych rolników i społeczników. Gdy Bogdan był nastolatkiem, wybrał się na Śląsk, gdzie został górnikiem kopalni „Wujek”. Stał w pierwszym szeregu z łomem, gdy pancry i ZOMO spacyfikowały kopalnię w stanie wojennym. W 1985 roku uciekł do Niemiec, gdzie zaczął na potęgę czytać i uczyć się. Ukończył uczelnie wyższe w RFN i w Wielkiej Brytanii. Sam. Praktycznie bez żadnej pomocy, bez znajomości. Siłą woli, wytrwaniem, zacięciem i ambicją. Wspiął się na najwyższe szczeble naukowe. Jest chłopakiem z „Solidarności” i mam nadzieję, że „Solidarność” się o niego upomni. Solidarność narodowa.

O co Bogdanowi Musiałowi chodziło? Chodziło mu o miernoty monopolizujące wysokie stanowiska na polskich uczelniach, na które to stanowiska nie zasługują ze względu na swój niski poziom intelektualny i brudne mechanizmy własnego sukcesu, które są głęboko zakorzenione w PRL-owskiej przeszłości. Trwają na tych stanowiskach w wyniku kontynuacji układu postkomunistycznego w nauce. Wielu to prymusi selekcji negatywnej w komunie. Tacy, którzy potrafili się umiejętnie podlizać, wspiąć na karkach lepszych od siebie. Niektórzy z prymusów to naturalnie resortowe dzieci. Rodzice ubecy załatwili pociechom synekury wraz z tytułami. Po 1989 roku nastąpiła metamorfoza tej grupy. Domorośli utrwalacze władzy ludowej w nauce – podlizujący się zapobiegliwie narodowo-bolszewickiemu moczaryzmowi-kiszczakizmowi, ale po 1968, a szczególnie po 1980 roku flirtujący z dysydenckością w formie poststalinowskiej, trockistowskiej czy innej socjalistycznej – stali się nagle wszyscy „liberałami”. Ze zwolenników Związku Sowieckiego i komuny przetransformowali się wraz z Okrągłym Stołem nagle w gorliwych wyznawców „Zachodu”. Szybciutko wyczuli ducha czasów i tak jak przedtem podlizywali się czerwonym władcom, tak też natychmiast przedzierzgnęli się w zwolenników różowych, a nawet tęczowych dyktatorów mody. Temat ten sam: zwalczanie polskiego patriotyzmu, Kościoła, tradycji, wolności, rodziny, własności prywatnej (tym razem przez zabójcze podatki, a nie kolektywizację). Wystrój ich inny: „europejski”, a nie sowiecki. Transformacja.

Mogli, bo na uczelniach nie było dekomunizacji. Epigoni „nauki” PRL szybko zaczęli się klonować. Zmonopolizowawszy pozycje na uniwersytetach i w instytutach „badawczych” za pieniądze podatnika polskiego oraz za granty z życzliwych sobie źródeł – od George’a Sorosa przez rząd berliński aż do biurokracji brukselskiej – załatwili sobie nie tylko kontynuację systemu PRL-owskiego. Kooptowali młodych zachłyśniętych tęczowością, studiami „wesołkowatymi” i genderyzmem, czyli marksizmem-lesbianizmem. Młodych, których rajcuje przeczołgiwanie Polaków i piętnowanie ich antysemityzmu, rasizmu, homofobii, patriarchalizmu. Za pieniądze podatnika i granty od obcych. Stąd obowiązująca jedwabieńska narracja, stąd mowa nienawiści i pogardy w stosunku do polskości. Stąd monstrualne zaniedbania w nauce polskiej. Gdzie jest w dorobku historyków postnomenklaturowych na przykład baza danych dotycząca porwanych i zesłanych na Sybir z ziem I RP począwszy od XV wieku, jeszcze z Wielkiego Księstwa Litewskiego?

Gdzie monografie o Sybirakach? Gdzie mikrograficzne opracowania każdego powiatu, każdego województwa I RP? A II RP? Gdzie monografie dotyczące poboru ludzi do wojska carskiego, pruskiego, czy habsburskiego z rozdartej zaborami Polski? A kompleksowa monografia o rusyfikacji czy germanizacji? Na Zachodzie w tej chwili zwyciężyła szkoła głosząca, że Polacy przesadzają z tym prześladowaniem pod zaborami, a cierpieli głównie Żydzi.

Opublikowały tuzy historyczne coś po angielsku na te tematy? Mogą się pochwalić oryginalnymi badaniami, nowatorskimi syntezami? Tylko proszę nie zasłaniać się profesorami Andrzejem Nowakiem czy Henrykiem Głębockim ani ToSo (w cywilu dr. Tomaszem Sommerem), dr. Wojciechem Jerzym Muszyńskim, dr. Mariuszem Bechtą, dr. Piotrem Gontarczykiem, dr. hab. Sławomirem Cenckiewiczem czy im podobnymi. Oni nie są z postczerwonej nomenklatury. Podobnie jak cała grupa w IPN oraz komórki przechowujących się niezależnie po uczelniach.

Gdy staraliśmy się zainteresować tzw. środowisko naukowe operacją antypolską NKWD – największym ludobójstwem na Polakach w okresie międzywojennym – ignorowano, a nawet odrzucano podania o granty, których obficie używano na tęczowe tematy. Jeden z wysoce utytułowanych recenzentów projektu na ten temat bezczelnie napisał, że wprawdzie nie czytał prac autora projektu, ale z internetu wie, że nie są dobre. Czyli PRL-owski naukowiec otwarcie i chamsko popisał się swą ignorancją jako usprawiedliwieniem utrącenia projektu badawczego o palącej białej plamie w historii Polaków. Tak samo przedtem – po 1989 roku – nie interesowało nomenklatury postkomunistycznej w historii badanie dziejów powstańców antykomunistycznych, czyli Żołnierzy Wyklętych. Przed powstaniem IPN takie badania podejmowane były prawie wyłącznie ze środków prywatnych i oddolnym wysiłkiem, w tym Polonii, głównie amerykańskiej. Postulaty badawcze na temat tzw. białych plam głosimy od ponad 20 lat.

Wskazywaliśmy wielokrotnie tematy aż proszące się o opracowanie, choćby w pracy „O prawicy i lewicy” (1995). I co? Ze strony tzw. establishmentu historycznego właściwie nic. To właśnie zirytowało profesora Bogdana Musiała, który dowalił tolerancjonistycznym nomenklaturowcom po rolniczemu i górniczemu – łomem. A ci odszczekują się zażarcie. Nie rozumieją, że jak dziewczyny i chłopaki wezmą się na sposób, to – po pierwsze – „Solidarność” wystąpi, aby jej przedstawiciele w Sejmie obcięli subsydia na programy antypolskie na uczelniach. Niech sami się finansują z zagranicznych grantów albo ze swych własnych pieniędzy. A po drugie – dzieciaki z narodówki zaczną pikietować i bojkotować resortowe dzieci i ich klony. Już mieliśmy próbkę z enkawudzistą Zygmuntem Baumanem we Wrocławiu. Po trzecie – piórem powinni wesprzeć tę walkę konserwatyści i wolnościowcy. No justice, no peace.

REKLAMA