W Unii jak u Orwella

budynki Parlamentu Europejskiego (2)Pracujący w Brukseli urzędnicy Unii Europejskiej odsłonili mi rąbka unijnej kuchni politycznej. Jak się okazuje, temu międzynarodowemu tworowi bardzo daleko do ideału, jakim mieni się być na ustach niektórych eurokratów.

Unia Europejska jest wielkim molochem, którego działań nikt nie kontroluje. Niektórzy unijni urzędnicy mają nadmiar pracy, a inni – grają w karty na komputerze z nudów. Nie ma profesjonalnego zarządzania pracą. Bierze się to stąd, że tych ludzi nie można zwolnić (podobno nawet jeśli po pijaku przyjdzie się do pracy). Nie ma myślenia w kategoriach wydajności ekonomicznej firmy. Gdyby ktoś zrobił porządny audyt, to trzeba by zwolnić co najmniej jedną trzecią, a może i połowę unijnych urzędników. I to w sytuacji, gdyby mieli robić to samo, bo gdyby odjąć im obowiązków, to redukcja musiałaby być znacznie większa. Dodatkowo wszystkich chronią związki zawodowe, których w samym Parlamencie Europejskim jest kilka. W efekcie to wszystko jest nie do ruszenia. Co gorsza, pracując w instytucjach unijnych, biurokrata zajmuje się praktycznie wirtualną rzeczywistością, która prędzej czy później dopadnie zwykłych ludzi. Ale zanim po latach dopadnie (jak unijne prawo wejdzie w życie w kraju członkowskim), to urzędnik zapomni, że w ogóle się zajmował takim tematem. Dlatego większość unijnych biurokratów siłą rzeczy nie może być zaangażowana emocjonalnie w swoją pracę. Po prostu nie może w sensownym czasie zobaczyć jej efektów.

Ważne komisje – dla Niemców

– Ludzie pracujący w Komisji Europejskiej, zwłaszcza ci na tym niższym szczeblu, często pracują nad jakimiś projektami, nad którymi nie mają całościowego poglądu. To jest tak jak u Orwella. Dostają jakiś odcinek, do którego muszą coś dopisać – mówi „Polsce Niepodległej” jeden z urzędników chcący zachować anonimowość. – Na przykład jest wystąpienie Mogherini. To nie jest tak, że szef gabinetu usiadł z nią i wystąpienie o Chinach napisał z gościem od Chin. Nie. To jest po prostu jakiś zlepek tekstów, który przygotowało pół Komisji i pół biura Mogherini – opowiada. – Facet od praw człowieka mówi, że należy wstawić akapit o prawach człowieka, inny powie, że pod Szanghajem zabili krowę, więc trzeba wspomnieć o bestialskim zabijaniu zwierząt. Urzędnik od ropy wstawi kawałek o ropie – dodaje. W rezultacie wychodzą takie wystąpienia komisarzy napisane przez urzędników, gdzie nie ma żadnej wizji, a jest tylko nienadający się do niczego zlepek. I te wszystkie 5 groszy od każdego powstają na zasadzie, że „Unia Europejska jest super i piękna” i wszyscy się muszą od Unii uczyć. A jeżeli nie będą się uczyć, to nie zostaną im zniesione wizy albo bariery handlowe. W rzeczywistości to jest błędne koło, bo nie ma takiej możliwości, żeby polityk miał jakąś swoją jasną wizję, głęboko przemyślany plan. Bo nawet gdyby taki plan istniał, to nigdy nie zostanie on wdrożony. Dlaczego? Bo taki unijny polityk jest zakładnikiem dyrekcyjek, jednostek, które mu odsyłają rzeczy, o których trzeba powiedzieć.

Samo zatrudnianie wyższych unijnych urzędników (czytaj: wysokopłatnych) nie odbywa się oczywiście według kompetencji i doświadczenia. To są stanowiska polityczne. Na przykład jeżeli chodzi o zatrudnianie ludzi do gabinetów komisarzy Komisji Europejskiej, to dochodzi do targów między dyplomacjami krajowymi. Nie ma tam przypadkowości. W ramach układu pracownica administracyjna żłobka awansowała na stanowisko, gdzie zajmuje się ciężkimi tematami międzynarodowymi. Także niesprawiedliwie są rozdzielone stanowiska pomiędzy krajami członkowskimi. Polska nie ma proporcjonalnej reprezentacji wśród unijnych urzędników, bo zaraz po przystąpieniu do Unii Europejskiej bardzo dużo Polaków zostało pozatrudnianych na podstawowych stanowiskach administracyjnych czy sekretarskich. Są decyzyjni, ale w zakresie tego, czy dany list wysłać jako polecony czy zwykły. Nic więcej. Co prawda, zmienia się to, ale bardzo powoli. Skoro przewodniczącym Rady Europejskiej został Donald Tusk, to przez to Polska nie dostała co najmniej kilku wysokich stanowisk urzędniczych. Dodatkowo Polacy zajmują się sprawami bez większego znaczenia. Na przykład w Parlamencie Europejskim nie dostają ważnych komisji. Komisje gospodarcze, monetarne czy rynku wewnętrznego obsadzone są przez Niemców, Francuzów czy Włochów.

Parlament Antyeuropejski

Sam Parlament Europejski to są dwa światy: polityczny i administracyjny. Świat polityczny jest jak wrzut na d… dla świata administracyjnego. Europosłowie są traktowani jak dekoracja, która zmienia się co pięć lat. To administracja rządzi wszystkim, a nie politycy (doskonale problem ten opisał były europoseł Marek Migalski w swojej książce „Parlament Antyeuropejski”). Z polityków to w Parlamencie Europejskim może rządzić tylko przewodniczący, szef chadeków, szef socjalistów i kilku szefów komisji, którzy są tam od lat i znają się jak łyse konie. Łącznie to nie więcej niż 20 osób. A wszystkim rządzi administracja, która mówi, co wolno, a czego nie wolno. Nawet jak europoseł zbierze jakąś większość popierającą daną inicjatywę, to bez poparcia szefów frakcji administracja to zablokuje, mówiąc, że się nie da, bo tamto, siamto i owamto. Z kolei wysokie płace dla europosłów to korupcja w białych rękawiczkach, by nie przeszkadzali. Jeśli jest się przeciętnym europosłem, który załapał się do PE i ma świadomość, że jest to jego pierwsza i ostatnia kadencja, to dla takiej osoby najlepiej jest być w dużej grupie politycznej, bo tam będzie miała dostęp do atrakcyjnych wyjazdów na Karaiby, do Azji czy Australii, opłacanych przez podatników, będzie miała dostęp do konferencji organizowanych przez grupy interesu. Pójdzie na kolację za kilka tysięcy euro opłacaną przez lobby przemysłowe, które załatwi w ten sposób swoje interesy, kilka osób przekona, a poseł się cieszy, że ma co wrzucić na swoją stronę internetową i do sprawozdania rocznego, a przy okazji jeszcze pozna kilka osób.

– To wszystko się rozwali dopiero, jak rozwali się cała Unia Europejska, wcześniej nie ma szans – uważa mój rozmówca. Jak na razie tylko europoseł Janusz Korwin-Mikke przy każdej wypowiedzi na forum Parlamentu Europejskiego powtarza, że Unia Europejska powinna zostać zniszczona. Pytanie więc, kiedy Unia rozwali się? Myślę, że nastąpi to stosunkowo nagle i niespodziewanie – zupełnie jak to było w przypadku sowieckiego imperium.

Tomasz Cukiernik

Na zdjęciu PE w Brukseli. Fot. T. Cukiernik

Comments are closed.