Krótki przewodnik po Leszku Balcerowiczu

CC BY-SA 3.0

Pierwszy minister finansów „wolnej i demokratycznej Polski” umiejętnie zjednuje dla siebie część środowiska polskich wolnościowców, dlatego wszystkim cierpiącym na kłopoty z pamięcią warto przypomnieć nieco jego sylwetkę.

Konta Balcerowicza w mediach społecznościowych cieszą się ogromną popularnością. Były wicepremier łączy w nich swoją pustą, pozornie wolnorynkową retorykę, antypisowskie i antykaczystowskie ataki oraz obronę okrągłostołowego establishmentu. Mając zapewnioną stałą uwagę lewicowych mediów, Balcerowicz pozostaje wciąż jednym z najbardziej aktywnych postkomunistycznych polityków, który potrafi się odnaleźć nawet w tak nietypowych okolicznościach jak wykład na Przystanku Woodstock.

Gwiazda Balcerowicza jako „wolnorynkowca” i „gospodarczego liberała” świeci wciąż dość mocno. Wstyd przyznać, że dzieje się tak również w środowisku libertariańskim, które najwidoczniej nie odrobiło lekcji z historii najnowszej. A tymczasem historia i udział w niej prof. Balcerowicza narzuca się niemal każdego dnia na jego twitterowym koncie, które pełni rolę swego rodzaju słupa ogłoszeniowego Komitetu Obrony Demokracji. Polityk odpowiedzialny za „transformację gospodarczą” PRL jeździ nieustannie po Polsce i spotyka się z lokalnymi działaczami KOD-u, mając duży wpływ na jego działalność.

Jak dziś dobrze wiadomo, słynny Komitet zrzesza przede wszystkim osoby, które tęsknią do tego, „żeby było tak, jak było”. Na jednej z manifestacji pojawił się nawet nie kto inny jak zabójca ks. Jerzego Popiełuszki, Grzegorz Piotrowski, co oczywiście nie obciąża w żaden sposób Balcerowicza, lecz ilustruje dobrze to, z jakimi środowiskami sympatyzuje najsłynniejszy w Polsce profesor ekonomii.

Środowisko

A z kim sympatyzuje? Przyjrzyjmy się chociażby jego fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju, która – o zgrozo! – od kilku lat bardzo umiejętnie penetruje środowisko polskich libertarian i wolnościowców przy pomocy różnego rodzaju konferencji, imprez oraz projektów. W skład rady fundacji wchodzi m.in. Łukasz Wejchert, a wcześniej należał do niej także jego ojciec, śp. Jan Wejchert. Niezorientowanym w temacie młodym wolnościowcom przypomnijmy w tym miejscu, iż klan Wejchertów związany jest ze spółką ITI, która w czasie transformacji ustrojowej nadzorowanej przez Balcerowicza w brawurowy sposób stała się udziałowcem prywatyzowanej właśnie nomenklaturowej spółki EKSBUD, aby później stać się wiodącym na polskim rynku podmiotem medialnym.

Zgodnie z oficjalną wersją historii, ITI powstało jeszcze w 1984 roku jako mała firma importująca do Polski sprzęt elektroniczny i filmy na kasetach wideo. Jak powszechnie wiadomo, ogromna większość tego typu interesów w tym okresie powstawała w oparciu o kadry komunistycznych służb specjalnych. Nie miejsce tu, żeby opisać całą historię, w której pojawia się także wątek Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, lecz warto zastanowić się, dlaczego pierwszego rzekomo niekomunistycznego ministra finansów łączy obecnie tak wielka i serdeczna więź z władzami spółki, która w czasie jego rządów ubiła swój najlepszy interes w historii.

Najbardziej irytujące w wypowiedziach Balcerowicza jest to, że choć w latach 1978-1980 pracował w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu, swoich politycznych wrogów oskarża najczęściej o postkomunizm. Co ciekawe, swoją działalność we wspomnianym Instytucie skupił na wykazywaniu błędów rządzącej ekipy Edwarda Gierka, co musiało zapewne spotkać się z pozytywną reakcją wojskowych służb, które wkrótce przejęły władzę w Polsce. Od tego czasu Balcerowicz nieustannie pojawia się w kontekście politycznym wskazującym na bliskie związki ze środowiskiem, które w latach osiemdziesiątych uzyskało kontrolę nad komunistycznym państwem

Korekta, a nie demontaż komunizmu

W kluczowym dla dalszych losów Polski 1989 roku Leszka Balcerowicza wykreowano na zbawcę polskiej gospodarki. Z dnia na dzień okazało się, że „dla planu Balcerowicza nie ma alternatywy”, gdyż rzekomo „nikt inny nie miał żadnego pomysłu”. W „Gazecie Wyborczej” rozgorzała nawet pseudodebata, z której wnioski brzmiały: albo Balcerowicz, albo komunizm.

W ten tani zabieg propagandowy uwierzyła niestety prawie cała Polska oraz cały świat – dokładnie w taki sam sposób, w jaki uwierzono w Lecha Wałęsę. W rzeczywistości główne założenia „planu Balcerowicza” przygotował przysłany do Polski za pieniądze George’a Sorosa prof. Jeffrey Sachs, a prawdziwy demontaż ustroju komunistycznego rozpoczął się jeszcze, zanim Balcerowicz wygłosił w telewizji swoje przemówienie do narodu. Pakiet 10 ustaw Balcerowicza nie demontował wcale komunizmu (gdyż wprowadzono m.in. słynny popiwek), lecz wprowadzał korektę do zmian, które zapoczątkowali sami komuniści jeszcze w latach 1987-1988.

Balcerowicz nie dokonał wcale transformacji ustrojowej – uczynili to sami komuniści, wprowadzając jeszcze przed pierwszymi kontraktowymi wyborami ustawy przewidujące uwłaszczanie się na państwowym majątku, uchwalając ustawę o działalności gospodarczej oraz reformując system bankowy na wzór zachodni. Rola Balcerowicza była zgoła inna.
Balcerowicz został zaproponowany na stanowisko ministra finansów jako przedstawiciel strony solidarnościowej, co miało uwiarygodnić wszystko to, co działo się w polskiej gospodarce w kolejnych miesiącach. Mając w rządzie Mazowieckiego za współpracowników takie osobistości jak Czesław Kiszczak czy Florian Siwicki, nie potrafił (nie chciał?) zapobiec tak spektakularnym aferom jak afera FOZZ, afera rublowa, afera Art-B czy też afera kantorowa.

Młode pokolenie wolnorynkowców, które słabo pamięta minioną dekadę, nie wspominając już o latach dziewięćdziesiątych, jest pod wrażeniem Balcerowicza, gdy domaga się on m.in. prywatyzacji państwowego mienia. Ostatecznie tego typu postulaty nie padają zbyt często z ust polityków, nie wspominając już o naukowcach. Wiele z nadzorowanych przez przewodniczącego Rady Forum Obywatelskiego Rozwoju „prywatyzacji” okazało się jednak pseudoprywatyzacjami lub zakończyło się skandalami. Dobrym przykładem jest chociażby afera związana z prywatyzacją PZU SA, która przyniosła polskim podatnikom straty rzędu nawet 20 mld zł.

Slogany zamiast czynów

Wolnorynkowy zapał Balcerowicza jest wyjątkowo wybiórczy i niekonsekwentny. Z jednej strony potrafi krytykować PiS za finansowanie kultury ze środków publicznych, a z drugiej broni prawa Krystyny Jandy do pobierania dotacji na funkcjonowanie jej własnego teatru. Jego wieloletnie rządy obnażyły zresztą z całą mocą to, iż wolnorynkowe hasła są dla niego jedynie pustosłowiem. Zamiast zdemontować zbankrutowany system ubezpieczeń społecznych, wprowadził przymusowe oszczędzanie w ramach OFE. Choć jego usta są zawsze pełne frazesów na temat korzyści płynących z niskich podatków, to nie on, a komunistyczny premier Leszek Miller był jak do tej pory jedynym politykiem, który potrafił je znacząco obniżyć.

Balcerowicz reprezentuje z pewnością wolnorynkowe i nieco bardziej liberalne gospodarczo skrzydło, lecz w ramach formacji, która nie ma nic wspólnego z wolnością. Upatrywanie w nim sprzymierzeńca wolnorynkowców jest więc wyjątkowo chybione, chociażby ze względu na to, że jako jeden z ostatnich broni wciąż Lecha Wałęsy przed niesłusznymi, jego zdaniem, zarzutami o współpracę z komunistyczną służbą bezpieczeństwa. Obrona Wałęsy po wszystkich jego autodemaskujących zachowaniach jest co najmniej kuriozalna, lecz w przypadku Balcerowicza chodzi o coś więcej.

Upadek mitu Lecha Wałęsy oznacza bowiem jednocześnie upadek mitu Leszka Balcerowicza jako „Mojżesza polskiej transformacji ustrojowej”, a także całej formacji politycznej, która zapewniła mu światową sławę geniusza ekonomii oraz wolnorynkowego antykomunisty. Jest więc co najmniej przykre, że ów czołowy postkomunistyczny polityk, który od wielu lat odgrywa przed Polakami farsę wolnorynkowej retoryki, jest dziś czczony przez wielu libertarian jako bohater i wzór do naśladowania (w 2014 roku lewicowo-libertariański Instytut Katona przyznał mu nawet nagrodę im. Miltona Friedmana).

Balcerowicz musi więc odejść, w każdym razie na pewno z panteonu polskich wolnorynkowców.