
W USA rozgorzała obecnie dyskusja, czy prezydent USA Donald Trump łamie prawo blokując swoich oponentów na Twitterze. Electronic Frontier Foundation (EFF), organizacja pozarządowa zajmująca się prawami i wolnościami użytkowników świata cyfrowego, twierdzi że tak.
Zdaniem EFF, Trump jednocześnie narusza Pierwszą Poprawkę do Konstytucji USA.
Jak twierdzi Electronic Frontier Foundation, posty w mediach społecznościowych zamieszczane przez przedstawicieli administracji rządowej bądź innych instytucji związanych z państwem oraz polityków są „informacją publiczną”.
„Dlatego też Donald Trump, nie może na Twitterze odcinać tych osób, z których poglądami nie zgadza się jako ich autor” – tłumaczą dalej reprezentanci organizacji.
EFF w swoim oświadczeniu poinformowała także, że blokując krytykujących go użytkowników na Twitterze, Trump odbiera im tym samym konstytucyjne prawo dostępu do informacji rządowych podawanych za pośrednictwem mediów społecznościowych, a także możliwość brania udziału w debacie na ich temat.
Zajmująca się prawami i wolnościami użytkowników internetu organizacja pozarządowa zauważa, że media społecznościowe stały się popularnym i bardzo ważnym narzędziem komunikacji dla administracji rządowej.
Jednocześnie pozwala to im m.in. na szybkie przekazywanie komunikatów na temat katastrof naturalnych, odpowiadać na pytania obywateli, bądź wspomagać pracę biur administracji.
„Wykorzystanie Twittera przez Donalda Trumpa do komunikowania jego decyzji politycznych, opinii na temat światowych wydarzeń i liderów, a także wezwań do konkretnych działań w Kongresie stało się znakiem rozpoznawczym jego urzędowania” – stwierdza EFF, które przyłączyło się do pozwu innej instytucji pozarządowej – Knight First Amendment Institute – w sprawie blokowania użytkowników Twittera przez prezydenta USA.
Czytaj także: Rozpoczął się proces polskiego dżihadysty. Dawida Ł. był terrorystą w Syrii
Zdaniem obu organizacji, Donald Trump, narusza Pierwszą Poprawkę do Konstytucji USA, która zabrania wykluczania osób z dostępu do informacji publicznej, m.in. ze względu na poglądy, a także odbierania im możliwości brania udziału w procesach demokratycznych na podstawie tych informacji.
Dotychczas prezydent USA zablokował osoby, które krytykowały jego decyzje polityczne. Wśród nich są m.in. profesor uniwersytecki, chirurg, pisarz komediowy, prawnik oraz oficer policji.
Skoro wypowiedzi prezydenta USA na prywatnym koncie traktuje się jako informacje rządowe, które podlegają nawet pod konstytucyjne prawo, to aż chciałoby się zapytać, jak to się ma do spraw w Polsce np. do stawiennictwa Hanny Gronkiewicz-Waltz na przesłuchania komisji ds. reprywatyzacji w Warszawie?
Przypomnijmy, że reprezentująca prezydent Warszawy Kancelaria Adwokacko-Radcowska Pociej, Dobois, Kosińska-Kozak wysłała do Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej Patryka Jakiego 16 pism, w których dowodzi, że to nie Gronkiewicz-Waltz powinna zapłacić grzywny nałożone przez Komisję, ale… prezydent Warszawy.
W jednym z pism, wysłanym przez prawników pani prezydent, można było przeczytać: „Zauważyć należy, że postanowienia w przedmiocie grzywny zostały skierowany do Prezydenta m. st. Warszawy, jako organu wykonawczego (…), a nie do Hanny Gronkiewicz-Waltz (jako osoby fizycznej)”.
Podobnego zdania byli współpracownicy Gronkiewicz-Waltz.
Widać tu wyraźnie, ogromną różnicę w sprawowaniu i pojmowaniu samego urzędu prezydenta, nawet jeśli to dotyczy miasta stołecznego Warszawy a najpotężniejszego mocarstwa na świecie jakim są Stany Zjednoczone.
Tam Trump jest prezydentem całą gębą zawsze i wszędzie, prywatnie czy publicznie, a w Warszawie „prezydentem” się bywa lub jest się osobą fizyczną, wszystko w zależności od sprzyjających okoliczności.
wolnosc24.pl/(PAP)