Imperatyw każdego libertarianina. Zasada subsydiarności

Ponieważ zasada subsydiarności jest ważnym elementem katolickiej nauki społecznej, winna być głoszona w kościołach. Księża powinni swym wiernym tłumaczyć jej ważność i nawoływać do jej stosowania.

Co ciekawe, zasada subsydiarności jest wpisana do konstytucji zarówno Unii Europejskiej, jak i Polski. Czy jest ona stosowana w praktyce? Wątpię. Jeśli chodzi o Unię, to dąży ona do zagarnięcia całej władzy i narzucania tych samych przepisów wszystkim krajom członkowskim.

Pełniejsza autonomia Katalonii wywołuje wiele sporów i dyskusji, a w 1979 roku nikt nawet nie zauważył utworzenia się nowego kantonu w Szwajcarii. Jura – bo o niej mowa – wydzieliła się z kantonu Berno, bo po prostu taka była wola większości jej mieszkańców. A to, że się mogli wydzielić i nikt nie protestował, wynika właśnie z zasady subsydiarności. Od niedawna docierają do nas sygnały z centrali, że w całej Unii podatki mają być takie same – to z kolei będzie jej jawnym pogwałceniem.

W Stanach Zjednoczonych rząd federalny bierze odpowiedzialność za te sprawy, którymi należy zarządzać wyłącznie na szczeblu federalnym. Są nimi: obrona narodowa, polityka pieniężna i fiskalna, autostrady międzystanowe itp. W Szwajcarii to zaledwie obronność i dyplomacja. Starsi czytelnicy zapewne pamiętają, że za Edwarda Gierka – porządnego człowieka, któremu zależało na dobru Polski – rząd zajmował się problemem sznurka do snopowiązałek.

Z praw fizyki społecznej wynika, że taką kwestią jak obronność należy zarządzać na szczeblu centralnym, bo osamotniona Polska nie odeprze ataku silniejszego sąsiada. Natomiast wszystkie pozostałe kwestie warto spuszczać na niższe szczeble. W latach 1997-2003 działały w Polsce tzw. kasy chorych. Czuło się wówczas, że konkurują ze sobą, mówiło się, że jedne są lepsze, a inne gorsze. Niektórzy ich dyrektorzy starali się coś nowego wymyślić, coś nowego wprowadzić. Libertarianin wie, że mechanizmem, który najlepiej motywuje do twórczego działania, jest konkurencja, a nie jej unikanie.

(…) ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości, współdziałaniu władz, dialogu społecznym oraz na zasadzie pomocniczości umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot” – to cytat z naszej konstytucji. I gdzie tu subsydiarność? Ano, przepoczwarzyła w „zasadę pomocniczości”. Jest to niezręczne określenie i to przez nie zasada ta jest mylnie rozumiana. Zasada pomocniczości przecież tak na zdrowy rozum oznacza, że trzeba pomagać…

I rzeczywiście jest ona często pojmowana jako zwykłe udzielanie pomocy potrzebującym lub subsydiowanie. W rzeczywistości jej znaczenie jest zupełnie inne. To pochodzące z łaciny pojęcie wywodzi się z zasad działania rzymskich legionów. „Subsydium” była to część wojsk utrzymywanych w rezerwie, której zadaniem było wspieranie linii frontowych, ale wyłącznie, gdy zachodziła taka konieczność. I to „wyłącznie, gdy zachodzi taka konieczność” jest kluczem zasady subsydiarności. Oczywiście zasada mówi o „wsparciu”, „pomocy” lub „ochronie”, ale tylko wtedy, gdy zachodzi taka konieczność! Zasada subsydiarności w swej najkrótszej postaci brzmi: tyle władzy, na ile to konieczne, tyle wolności, na ile to możliwe, oraz tyle państwa, na ile to konieczne, i tyle społeczeństwa, na ile to możliwe. Prawdziwy libertarianin wie, że pełnej wolności nie ma, ale wie również, że największe obszary wolności daje praktyczne stosowanie zasady subsydiarności.

CZYTAJ DALEJ