
Do nieszczęśliwego wypadku w Tryńczy na Podkarpaciu doszło chwilę przed 21:00. O tej godzinie urwały się sygnały telefonów komórkowych wszystkich pięciu ofiar. Auto dachowało, chwilę potem utonęło wraz z pasażerami w Wisłoku. Takie były ostatnie chwile Klaudii, Ani, Dominiki i ich kolegów – Sławka i Bogusława.
Marta Pętkowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Przemyślu, która prowadzi śledztwo w sprawie tragedii potwierdza, że wszystkie ofiary utonęły. Oznacza to, że przeżyli wypadek i dachowanie daewoo tico, którym jechali.
Wszyscy przeżyliby, gdyby samochód nie stoczył się do rzeki.
– Żadne z nich nie miało poważniejszych obrażeń – informuje prokurator Pętkowska.
Pasażerowie tonącego samochodu do końca byli świadomi tego, co się dzieje. Ich walka o życie mogła trwać góra dwie minuty.
Dlaczego zdecydowali się jechać polną drogą wzdłuż rzeki, tego zapewne nie da się ustalić.
– Musieli pędzić. Kierowca chciał się popisać, stracił panowanie nad autem i przekoziołkowali do rzeki – tak spekuluje strażak z OSP Tryńcza, który był przy wyciąganiu auta z rzeki.
– Tylko jedno z nich miało zapięte pasy. Ciała pozostałych były poskręcane, pokryte rzecznym mułem. Przerażający widok – dodaje.
Prawdopodobnie auto prowadził Sławomir, który był właścicielem samochodu. Kupił go niedawno za pieniądze zarobione za granicą i nie zdążył nawet zarejestrować go w Polsce.
Pogrążona w żałobie Tryńcza szykuje się do uroczystych pogrzebów. Dziś zostaną pochowane siostry Ania (†16 l.) i Dominika (†18 l.), a w środę i w czwartek – Klaudia (†19 l.), Sławek i Bogusław.
Źródło: se.pl