
Od dłuższego czasu Maciej Stuhr chętnie komentuje i dzieli się przemyśleniami na temat berzących wydarzeń politycznych w Polsce. W wywiadzie udzielonym „Magazynowi TVN24” przyznaje, że taka aktywność spowodowała nadanie mu konkretnej etykiety.
Aktor mocno zaangażował się w życie polityczne Polski. Chętnie wyraża opinie w mediach społecznoścowcych, zachęca do brania udziału w protestach. Uważa, że dziś ponosi konsekwencje ujawnienia swoich sympatii i antypatii. Nie ukrywa, że jego udział w projektach finansowanych przez państwo dość ograniczony.
Ludzie boją się skalać zatrudnieniem tego wichrzyciela i lewaka – mówi.
Na pytanie czy rzeczywiście nim jest, Stuhr stanowczo zaprzecza i zaznacza, że dziś panuje pogląd 'albo czarne albo białe’ i nie ma miejsca na nic po środku co stawia go w niekomfortowym położeniu a on sam przedstawiany jest jako sympatyzujący ze skrajną lewicą, choć jak sam zapewnia, skrajności wszelkiej maści nie lubi.
Nie. Ze mnie się go robi. Taka jest epoka, że ludziom przyczepia się etykiety. By się nam łatwiej żyło. Nastały takie czasy, że nie da się być w środku. Po prostu nie da się. Ci, którzy mówią, że są w środku, idą na łatwiznę – mówi.
Artysta zdaje sobie sprawę, że wielu ludziom odpowiada model rządów tzw. 'silnej ręki’, za którą jak sam podkreśla osobiście nie przepada.
Wolność nie jest – wbrew temu, co powszechnie się uważa – wartością ogólnoludzką. (…) Są tacy, którzy wolą rządy silnej ręki, żeby im twardo mówić, co i jak trzeba robić. Dla nich to jest gwarancja, że świat będzie szedł w dobrą stronę. Jeśli o mnie chodzi, zostałem tym genem wolności zarażony i lubię sobie o nią walczyć.