Koprowski. Jak Polacy radzili sobie pod sowieckim zaborem. Jak walczono z OUN-UPA

Wkroczenie Sowietów na Ziemię Lwowską nie oznaczało dla mieszkających na niej Polaków radykalnej poprawy sytuacji. OUN-UPA działała dalej. Mordy na Polakach trwały. NKWD zwalczało UPA, ale tępiło też Armię Krajową i tolerowało tylko utworzone przez siebie formacje samoobrony. Władze sowieckie zaczęły też pobór Polaków do tworzonego w ZSRR Wojska Polskiego. Nie ukrywały również, że Polacy będą po zakończeniu wojny musieli wyjechać za nową granicę.

– Przed żniwami w 1944 roku do Brzozdowiec po raz drugi wkroczyli Sowieci – wspomina Kazimierz Martyniak. – Przestałem pracować w majątku i wróciłem do szkoły. W szkole uczyliśmy się języka polskiego, rosyjskiego i ukraińskiego. Z mojego punktu widzenia wkroczenie Sowietów oznaczało poprawę. Generalnie jednak rzecz biorąc, wcale lepiej nie było. Wszyscy, którzy byli związani z AK i otwarcie się do tego przyznawali, musieli uciekać albo się ukrywać. NKWD poszukiwało wszystkich, którzy mogli przynależeć do polskiego ruchu oporu. Kilka, a raczej kilkanaście osób, jak dobrze pamiętam, Sowieci aresztowali. Rozpoczęli też werbunek do armii polskiej. Ukraińcy zaś mieli wstępować do Armii Czerwonej. Wielu Polaków, jak pamiętam, dobrowolnie, na ochotnika wstąpiło do Wojska Polskiego. Duża ich grupa ze śpiewem na ustach wymaszerowała z Brzozdowiec. W miasteczku powołano też do życia pododdział „istriebitielnych batalionów”. Podlegał on NKWD, ale jego powołanie było koniecznością. Tylko on bronił Polaków przed UPA, które dalej działało i nie przestawało mordować Polaków. Członkowie tej formacji nie mieli nawet mundurów. Chodzili w cywilnych ubraniach z biało-czerwoną opaską na ramieniu. Należeli do niej głównie ci, którzy z różnych przyczyn, głównie ze względów rodzinnych, koniecznością opieki nad chorą matką czy ojcem, nie mogli iść do wojska.

Wielka obława na UPA

Zimą 1945 roku, w lutym, NKWD przeprowadziło wielką obławę na UPA na całej Zachodniej Ukrainie. Zahaczyła ona także o Brzozdowce. NKWD zamieniło jedną szkołę na areszt i zaczęło zgarniać do niej wszystkich podejrzanych. O niektórych mieli już pewnie jakieś informacje, a innych zgarniali wprost z ulicy. Kazimierza Martyniaka zabrali z domu. Rano przyszło do domu Martyniaków trzech żołnierzy. Na enkawudzistów nie wyglądali, ubrani byli w mundury frontowe.

– Ja właśnie szykowałem się do szkoły – wspomina Kazimierz Martyniak. – Byłem już ubrany i miałem teczkę z książkami pod pachą. Powiedzieli mi, że mam pójść z nimi. Ja wtedy już bardzo dobrze mówiłem po rosyjsku i zacząłem z nimi dyskutować. Oni przez chwilę słuchali, ale w końcu jeden z nich przerwał mi oświadczając: prowiernim! Zaprowadzili mnie do szkoły zamienionej w areszt. Zgromadzili w niej do południa ze sto osób. Ja się tym wszystkim nie za bardzo przejmowałem. Nic nie miałem na sumieniu. Poza tym, jak dzisiaj sobie myślę, nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. Po południu popędzili nas wszystkich piechotą do więzienia w Chodorowie odległego o 15 km. Najpierw przeszliśmy przez pokoje NKWD. Spisano tam nasze dane, zabrano pasy i sznurówki i pogoniono do zatłoczonych cel. Następnego dnia nie dano nam nic do jedzenia, tylko wygoniono nas na dziedziniec na kilka minut, a następnie ponownie kazano iść do cel. Przy drzwiach każdej stało dwóch żołnierzy z automatami i upychało więźniów do środka. Jak któryś nie był sprytny, to oberwał zawsze kolbą albo lufą.

Siedzieliśmy w tym więzieniu przez długie dni, nie dostając nic do jedzenia. Wychodząc na spacer, każdy z nas robił kulkę ze śniegu, którą zjadał. Jedzenie przynosiły nam rodziny, głównie ukraińskie, których krewnych siedziało więcej. Na bramie pełnił służbę nasz znajomy wzięty do „istriebitielnych batalionów”. Jak przyszła, dajmy na to, żona jakiegoś Ukraińca i przyniosła kaszę kukurydzianą w garnku z włożoną łyżką, to nasz znajomy zabierał ją i przynosił do nas. Dlatego przeżyliśmy. Dzieliliśmy się przyniesionym żarciem. Na przesłuchania nas nie brano. Na nie zabierano tylko Ukraińców. Głównie w nocy. Lano ich strasznie. Jak wracali do celi, to całe ciało mieli w krwawych pręgach. NKWD wśród Ukraińców wyłapywało nie tylko tych należących do UPA, ale także uchylających się od służby w Armii Czerwonej. Złapali np. trzech braci, których trzymali w osobnych celach. Jak zaczęli ich lać, to szybko się okazało, że znacznie zaniżyli oni swój wiek. Jeden był z 1924, drugi z 1925, a trzeci z 1926 roku i wszyscy podlegali obowiązkowi mobilizacji. Oficjalnie zaś podawali, że są urodzeni w 1927 i 1928 roku.

CZYTAJ DALEJ