To chyba rewolucja! Nasz specjalny wysłannik do Paryża, Bogdan Dobosz od dziś opisuje społeczny bunt we Francji

Protestujący we Francji mieli ze sobą gilotynę. We Francji to mocny symbol. Fot. twitter
Protestujący we Francji mieli ze sobą gilotynę. We Francji to mocny symbol. Fot. twitter

Protesty żółtych kamizelek we Francji są dość chaotyczne, ale czasami widać i pewna logikę… Dziwnym trafem pod Lukiem Triumfalnym zbiera się raczej prawica, w tym środowiska narodowe. Tutaj nie dziwi np. śpiew „Marsylianki” i trójkolorowe flagi. Z drugiej strony, w okolicach dworca Saint Lazare zebrała się skrajna lewica, od anarchistów przez Antifę, po tzw. Czarny Blok.

Atakowano tam np. restauracje Strabucksa jako symbol globalizmu, sklep z akcesoriami do gry w golfa (w końcu to sport bogatych elit), podpalano jakieś Porsche, wypisywano tagi „antyimperialistyczne”. W sumie dla każdego coś miłego… Jeszcze w okolicach Placu Republiki zebrali się zwolennicy „zmian w ochronie klimatu”, ale tam dołączyli się szybko chuligani, którzy przybyli z przedmieść i zajęli się plądrowaniem sklepów. Oczywiście to bardzo ogólny zarys geografii paryskich zamieszek, ale okazuje się, ze jakaś logika w tym chuligaństwie jednak była.

Władze zresztą same podgrzewały nastroje i są tu co najmniej współwinne. W trzecią sobotę protestu siły porządkowe broniły Pól Elizejskich, wpuszczając za to manifestantów na Plac Gwiazdy pod Łuk Triumfalny. W ostatnią sobotę zmieniono taktykę i na odwrót – broniono Placu przed ludźmi urzędującymi na Polach Elizejskich. Zmiany dotyczyły także taktyki, czyli prewencyjnych aresztowań i zatrzymań za byle co, konfiskat masek i okularów ochronnych, czy wprowadzenia do boju pojazdów opancerzonych.

Było też pokazywanie w TV skonfiskowanego sprzętu bojowego, w tym kul do gry w petanque. Przypominało to polski odpowiednik słynnej akcji „widelec” związanej z kibicami Legii, którzy swego czasu podpadli Tuskowi. Wartość takich kuli i ich nieporęczność skłania raczej do przypuszczeń, że zatrzymany osobnik miał je w bagażniku, bo był po prostu graczem. Znacznie tańsze i bardziej efektywne byłyby tu przecież zwykłe kamienie.

Publiczna TV francuska mnożyła przykłady zdziczenia demonstrantów, ale za to Internet pokazywał przykłady brutalności policji. Nic dziwnego, że poparcie dla „żółtych kamizelek” nie spada, a protesty, które miały już mniejsza intensywność w Paryżu, przenoszą się po prostu na prowincję.

Wracając do celowości działań protestujących, to ich ofiarą padły już m.in. sklepy z wyrobami czekoladowymi rodziny małżonki prezydenta pani Brigitte Macron. Z kolei deputowanej z regionu Dordogne Jacqueline Dubois z proprezydenckiej partii LREM podpalono w sobotnia noc samochód. Także pojazd jej męża doznał uszkodzeń.
Inni deputowani LREM, a nawet doradcy prezydenta, skarżą się, że dostają pogróżki.

Benoît Potterie, deputowany z Pas-de-Calais twierdził, że znalazł w adresowanym do siebie liście karabinowy nabój. Minister ds. Ekologii François de Rugy poinformował z kolei, że jego dom w departamencie Finistere został pomalowany tagami i skierowanymi przeciw niemu hasłami. Chyba żarty się kończą…

Z Paryża Bogdan Dobosz

Comments are closed.