
Szefostwo NBP coraz bardziej pogrąża hasła „wystarczy nie kraść” i „dobrej zmiany”. Wydano komunikat, w którym ponownie zaprzeczono, by ktoś osiągał zarobki na poziomie 65 tys. zł. Zastępca dyrektora departamentu kadr w NBP Ewa Raczko poinformowała, że najwyższe wynagrodzenie wynosi „zaledwie”… 60 tys. zł. Cóż za kolosalna różnica!
– Budżet państwa nie jest obciążony kosztami gospodarki własnej Narodowego Banku Polskiego – poinformowała w środę Ewa Raczko, zastępca dyrektora departamentu kadr w Narodowym Banku Polskim.
Odczytała ona podczas spotkania z dziennikarzami oświadczenie dotyczące polityki płacowej i kadrowej NBP. Zaznaczyła, że związane jest ono z rozpowszechnianymi nieprawdziwymi informacjami dotyczącymi polityki kadrowej i płacowej w NBP.
Wskazała, że zgodnie z ustawą o NBP wielkość środków na wynagrodzenie w banku centralnym ustalana jest corocznie w planie finansowym NBP z uwzględnieniem poziomu płac w sektorze bankowym, co oznacza, że właściwym odniesieniem do wysokości i tempa wzrostu płac w NBP jest sektor bankowy.
Wyjaśniła, że środki na wynagrodzenia w NBP stanowią część ogółu środków NBP, które są elementem gospodarki finansowej NBP i nie pochodzą z budżetu państwa.
– Nie są to środki publiczne w rozumieniu ustawy o finansach publicznych. Oznacza to, że budżet państwa nie jest obciążony kosztami gospodarki własnej NBP – podkreśliła. Dodała, że NBP posiada ugruntowaną w orzecznictwie sądowym niezależność instytucjonalną, personalną i finansową.
Co z tego, że formalnie nie są to „środki publiczne”? Bank centralny emituje pieniądz, na wartość którego pracują wszyscy Polacy.
Szok! Niejaka Ewa Raczko, dyrektorka w NBP twierdzi, że „nie żyje z pieniędzy podatnika” tylko „z różnic kursowych”. Czy obok „dziuń” za niewiadomo ile w NBP zatrudniają ekonomicznych analfabetów?
— Tomasz Sommer (@1972tomek) January 9, 2019
I żeby nie było, że czepiam się PiS -u. Takie same "dziunie" szarogęsiły się i za PO. Po co w ogóle jest departament komunikacji w NBP z jakimiś dyrektorami?Wystarczyłby jeden rzecznik prasowy z jakimś małym biurem i dużą głową…
— Tomasz Sommer (@1972tomek) January 9, 2019
Pod koniec grudnia „Gazeta Wyborcza” napisała o dwóch współpracowniczkach prezesa Narodowego Banku Polskiego – szefowej departamentu komunikacji i promocji Martynie Wojciechowskiej oraz dyrektor gabinetu prezesa NBP Kamili Sukiennik. Ujawniono wówczas, że zarobki Martyny Wojciechowskiej wynoszą ok. 65 tys. zł.
Ewa Raczko odniosła się także do tej kwoty przekonując, że „żaden z dyrektorów w NBP nie otrzymuje powszechnie i nieprawdziwie rozpowszechnianego w mediach miesięcznego wynagrodzenia w wys. ok. 65 tys. zł bądź wyższej”
– Miesięczne wynagrodzenie całkowite w kwocie 60 tys. zł zdarzyło się w poprzedniej kadencji u jednego z dyrektorów, i tyle – powiedziała Raczko przyznając, że „jeden z dyrektorów” otrzymał gigantyczne wynagrodzenie w kwocie większej, niż prezes NBP.
Jak mówiła, wynagrodzenie kadry kierowniczej NBP (dyrektorzy i zastępcy dyrektora) w latach 2015-18 kształtowało się na porównywalnym poziomie zarówno za kadencji prezesa Marka Belki, jak i kadencji prezesa Adama Glapińskiego.
Podała, że przeciętne wynagrodzenie brutto na stanowisku dyrektora w NBP – ustalone w oparciu o PIT – wyniosło w 2014 r. – 38 098 zł, w 2015 r. – 37 110 zł, w 2016 r. – 37 381 zł, w 2017 r. 37 069 zł, w 2018 r. 36 308 zł.
– Rozpiętość lat wskazuje, że to są kadencje prezesa Belki i prezesa Adama Glapińskiego – podkreśliła.
Zero konkretów na konferencji #NBP. Nie udzielono odpowiedzi na żadne ze stawianych w ostatnich tygodniach pytań. Próby uniknięcia odpowiedzi żenujące. Po dzisiejszym spektaklu dowiedzieliśmy się jednej rzeczy: zarząd NBP nie traktuje poważnie społecznego oburzenia. #AferaNBP
— Ewelina Piech (@EwelinaPiech5) January 9, 2019
Źródła: PAP/nczas.com