
Błysk światła i rozszerzająca się z ogromną prędkością fala ognia. To nie są zdjęcia z planu filmowego sensacyjnej produkcji, tylko z ulicznej kamery w Manbidżu w syryjskim Kurdystanie, gdzie niedawno doszło do zamachu bombowego.
Takie zamachy to niemal codzienność ogarniętych konfliktem miast:
Moment samobójczego ataku IS w Manbidż (#Manbij). Na ten moment co najmniej 15 zabitych. Wśród nich prawdopodobnie amerykańscy żołnierze. pic.twitter.com/RCF7D9joQn
— KiKŚ – Konflikty i katastrofy światowe (@KonfliktyPL) 16 stycznia 2019
Manbidż leży w północnej części syryjskiej muhafazy Aleppo i jest jedynym terytorium znajdującym się na zachód od Eufratu będącym pod kontrolą Kurdów. Turcja, która okupuje sąsiedni rejon Al-Babu i Dżarabulusu, wielokrotnie zapowiadała atak na Manbidż. Amerykańskie patrole miały temu zapobiec, jednak wobec zapowiedzi wycofania USA SDF rozpoczął rozmowy z Rosją.
W poniedziałek źródła rosyjskie podały, że rosyjska żandarmeria patroluje odcinek o szerokości 5 km i długości 27 km na zachód od Manbidżu na drodze prowadzącej z miasta al-Arima do Bawz Kidż. Według Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka (SOHR) są to wspólne patrole Rosjan i Rady Wojskowej Al-Bab, również wchodzącej w skład SDF. Wcześniej MMC przekazało kontrolę nad Arimą armii syryjskiej (SAA).
Zdaniem cytowanego przez Kurdistan24 rosyjskiego analityka Timura Achmetowa obecność rosyjskich patroli w rejonie Manbidżu może być interpretowana jako chęć Rosji odegrania roli mediatora między Kurdami a innymi stronami zaangażowanymi w tym rejonie, w tym władzami Syrii i Turcją.(PAP)