
Po zakończenia śledztwa przez prokuratura Muellera dotyczącego rzekomej współpracy Trumpa z Rosjanami w czasie kampanii wyborczej Amerykanie stawiają poważne pytania dotyczące tajnych służb. Ich przedstawiciele prowadzili działania przeciwko kandydatowi na prezydenta i kompromitowali się oskarżając Trumpa.
Zakończenie śledztwa i praktycznie całkowite oczyszczenie Donalda Trumpa z zarzutów współpracy z Rosjanami to bardzo dobra wiadomość dla Amerykanów i paradoksalnie bardzo zła.
Bardzo dobra, bo zakończyło się śledztwo, które paraliżowało działania Białego Domu. Ponadto okazało się, że ich przywódca nie współpracował nielegalnie z nieprzyjaznym mocarstwem. Z drugiej strony to wiadomość zła, bo pokazuje fatalny stan do jakiego doprowadzone zostały służby podczas 8 lat rządów Obamy.
Przez ponad 2 lata byli funkcjonariusze wmawiali Amerykanom, że Trump dopuścił się praktycznie zdrady. Mówili to szefowie FBI, CIA, NSA. Niemal bezustannie występowali w roli ekspertów i w mediach dawali do zrozumienia, że posiadają wiedzę o sprawkach Trumpa, które doprowadza do usunięcia go z urzędu i postawienia przed sądem. Teraz okazuje się, że zwyczajnie kłamali i oczerniali prezydenta, a także porzucili całkowicie zasadę apolityczności i stali się aparatczykami Demokratów i Obamy.
FBI użyło spreparowanych, fałszywych informacji, by uzyskać od sądu zgodę na założenie podsłuchu w sztabie wyborczym Trumpa. Wiedział o tym Obama. Spreparowanie tych informacji opłacili wcześniej Demokraci i jej sztab wyborczy.
Niektórzy funkcjonariusze byli wprost powiązani z Clinton. Z korespondencji pomiędzy Peterem Strzok a Lisą Page dwójką agentów kochanków wynika, że w FBI działała cała zorganizowana, ale oczywiście nieformalna komórka, która miała nie dopuścić do tego, by Trump wygrał wybory.
Wiele wskazuje na to, że agenci, którzy inwigilowali Trumpa i jego sztab przekazywali informacje na temat jego kampanii do sztabu Clinton. FBI jeszcze przed wyborami prowadziło śledztwo w sprawie rzekomej współpracy Trumpa z Rosjanami. Wiadomo, że przekazywano do mediów informacje ze śledztwa, tak by mogły one publikować mogące mu zaszkodzić materiały.
W kampanię przeciwko Trumpowi zaangażował się szef CIA za Obamy – John Brennan i szef NSA – James Clapper. Po zwycięstwie Trumpa zostali zdjęci ze stanowisk, ale przez ponad dwa lata, kiedy trwało śledztwo prokuratora specjalnego Muellera oskarżali Trumpa o współprace z Rosjanami.
Trump był sparaliżowany śledztwem. Przez ponad dwa lata nie mógł oczyszczać FBI z ludzi jednoznacznie związanych z Obamą i Clinton. Narażał się bowiem na zarzut utrudniania śledztwa. Tymczasem służby te mają za sobą okres kompromitujących wpadek i to nie tylko związanych z prowokacjami wobec Trumpa, ale choćby i rozeznaniem sytuacji na Bliskim Wschodzie, czy w Europie – np. na Ukrainie.
Teraz administracja Trumpa ma szanse rozliczyć byłe szefostwo służb i być może przywrócić ich apolityczny charakter. Bo ten za prezydentury Obamy został całkowicie porzucony.