Brudna gra „Gazety Wyborczej” ws. księży pedofilów z SB

Adam Michnik. Foto: PAP/ Andrzej Rybczyński
Adam Michnik. Foto: PAP/ Andrzej Rybczyński

Tuż po premierze filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” pojawiła się informacja od samego autora, że księża, o których opowiadał film, byli współpracownikami Służby Bezpieczeństwa i mają grube akta w IPN.

Pojawiło się wiele zarzutów, ponieważ Sekielscy mimo tej wiedzy, nie zamieścili żadnej wzmianki o tym w swoim filmie.

„Przeglądałem archiwa Instytutu Pamięci Narodowej. Zarówno ksiądz Jan A., który wykorzystywał jedną z bohaterek naszego filmu, ks. Cybula oraz ks. M., kustosz z Lichenia byli zarejestrowani jako tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa” – oświadczył dziennikarz Tomasz Sekielski, autor filmu o przypadkach pedofilii w Kościele w Polsce.

Kuriozalnym tłumaczeniem wykazała się „Gazeta Wyborcza”, która w swoim „Sonarze” przekonywała, że przynależność do SB nie miała nic wspólnego z historią obu księży!

„Choć część osób przedstawionych w filmie Sekielskich miała związki z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa, nie oznacza to, że pedofilia w Kościele jest wyłącznie kwestią zainstalowanych w nim agentów. Pokazują to przypadki z krajów, w których nigdy nie działały reżimy podobne do tego w Polsce Ludowej – w USA, Irlandii czy Australii” – pisze bez skrępowania „Gazeta Wyborcza”.

Tę sprawę komentował szeroko ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który badał przypadki współpracy księży z peerelowską bezpieką.

13 lat temu apelowałem o to, żeby Kościół oczyścił się z tych nielicznych księży, którzy współpracowali z SB. Później okazuje się, że bardzo wielu z nich to są także ludzie o złych skłonnościach, pedofile czy lobby homoseksualne i w filmie Tomasza Sekielskiego widzimy kilka takich postaci, które przecież były znane Kościołowi choćby ze strony ich złych działań już w czasach komunizmu” – mówił ks. Isakowicz-Zaleski w Polsat News.

Dopiero po filmie się okazało, że pewne rzeczy wreszcie ujrzały światło dzienne. Niech sobie wszyscy przypomną, co się działo. Była wściekła nagonka nie na tych, którzy współpracowali z SB, ale na tych, którzy pisali o tym, w tym także na moją skromną osobę” – przypomniał ks. Isakowicz-Zaleski.

Czyżby troska „Gazety Wyborczej” o tajnych współpracowników Służb Bezpieczeństwa PRL była większa niż troska o dobro ofiar? Sformułowanie tezy, że „to wcale nie miało znaczenia” jest zwykłą manipulacją. Przecież to oczywiste, że dzięki takim hakom, SB miała upadłych księży „w garści”, a oni czuli się bardziej pewnie. Dlaczego Wyborcza nie chce tego przyznać?

Źródło: Sonar/Gazeta Wyborcza