Socjalizm wiecznie żywy, czyli punkty za pochodzenie na amerykańskich uczelniach

Uniwersytet, uczelnia, studia, wykład. Foto: Pixabay.com
Uniwersytet, uczelnia, studia, wykład. Foto: Pixabay.com

W okresie PRL obowiązywał system punktów za pochodzenie, które miewały nieraz duże znaczenie w rekrutacji na studia wyższe. Okazuje się, że podobny system wprowadzono w testach SAT (Scholastic Aptitude Test), którym poddawani są kandydaci na amerykańskie uczelnie. Wszystko w imię wyrównywania szans, oczywiście.

College Board to prywatna firma, która nadzoruje testy SAT. Jak się okazuje, wprowadziła ona zmiany w systemie oceniania kandydatów. Ich celem jest uczynienie systemu bardziej sprawiedliwym, stąd też ocenie podlegać będą także warunki w jakich przyszło dorastać potencjalnemu studentowi.

Chodzi o tzw. „adversity score”, dodatkowe kryterium w ocenie każdego z kandydatów. Oczywiście, oprócz warunków w jakich dorastał przyszły student oceniane będą także zdolności matematyczne, a także umiejętność pojmowania tekstów i znajomość słownictwa.

Dodatkowe punkty będą przyznawane według skali od 1 do 100. Wszystko będzie uzależnione od warunków, które mogły wpłynąć na rozwój naukowy każdego kandydata. Zasada jest prosta – im bardziej niekorzystne warunki, tym więcej punktów.

W jaki sposób badane są te warunki? Otóż w ich ocenie są brane pod uwagę m.in. prestiż szkoły średniej, poziom przestępczości i biedy w miejscu zamieszkania kandydata czy zamożność rodziców.

Pomysł ten budzi w Ameryce wiele kontrowersji. Jego przeciwnicy podnoszą zarzut, że wysiłek wielu osób może pójść na marne, jeżeli znajdzie się odpowiednio duża liczba kandydatów, którzy będą uprzywilejowani.

Źródło: nytimes.com