Piwowarczyk: Prawo do dyskryminacji

Zdjęcie ilustracyjne. / foto: pixabay
Zdjęcie ilustracyjne. / foto: pixabay

Polska debata publiczna nabiera tempa. Od początku 2019 roku przez nasz nieszczęśliwy kraj przetoczyła się cała masa problemów tak ważnych, że nie można obok nich przejść obojętnie. Tymczasem mija pół roku i nikt już nie pamięta o odstrzale dzików, nawet wyjaśnienie morderstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, nikogo już specjalnie nie interesuje.

Zamiast tego pojawiają się kolejne problemy, a tym co je łączy jest dziwnym trafem społeczność LGBTIKEA. To właśnie z kwestiami tolerancji i dyskryminacji związany był armagedon bezcelowych burz, które przetoczyły się od Tatr do Bałtyku, od Bugu do Odry. Tym razem skupiono się na zwolnieniu pracownika z IKEI oraz wyroku ws. drukarza z Łodzi.

Jak pisał Kartezjusz, naprawę państwa trzeba zacząć od naprawy pojęć, podobnie w przypadku debaty publicznej, gdzie słowo TOLERANCJA jest używane przez lewicowców, jako kłódka zamykająca usta osobom nieakceptującym chorych pomysłów inżynierii społecznej, czy wyrażających krytyczny stosunek wobec zboczeń i dewiacji.

Po pierwsze tolerancja z łaciny oznacza znosić, przecierpieć. TOLERANCJA oznacza więc wolnościową zgodę na istnienie w przestrzeni publicznej poglądów i zachowań, z którymi się nie zgadzamy. Nie oznacza ona jednak dwóch innych rzeczy. Co oczywiste nie oznacza zwalczania na poziomie prawno-państwowym danych przedmiotów sporu.

Nie oznacza także akceptacji dla poglądów i zachowań, z którymi się nie zgadzamy. AKCEPTOWAĆ możemy jedynie te rzeczy, poglądy, z którymi się utożsamiamy, do których nie mamy zastrzeżeń i które moglibyśmy włączyć do własnego systemu wartości. Oznacza to zatem, że TOLERANCJA i AKCPETACJA nie mogą występować wspólnie.

Prawo winno być równe wobec wszystkich i na tym poziomie nie może dochodzić do dyskryminacji, jednak przywilejem każdego obywatela powinno być pozytywne prywatne PRAWO DO DYSKRYMINACJI. Prawo to nie budzi dziś w wielu okolicznościach wątpliwości, ale przy dyskryminacji ze względu na płeć czy poglądy podnosi się dziki klangor.

Zarówno firma meblarska IKEA ma prawo dowolnie dobierać pracowników, według wybranych przez siebie kryteriów i sprzedawać produkty w jakiej chce otoczce, jak i drukarz ma prawo świadczyć usługi lub ich nie świadczyć komu chce. W żadnym z tych przypadków powód nie musi być nawet publicznie znany. Zachowane muszą być jedynie wcześniej zawarte umowy – pacta sunt servanda.

Tak samo IKEA, jak i drukarz z Łodzi, rozporządzają własnym majątkiem i jeżeli na skutek podjętych przez siebie działań stracą klienta, to będzie to wyłącznie ich strata – to oni mniej zarobią, a może nawet zbankrutują. Warto zauważyć, że dyskryminacja, która oburza niektórych w przypadku poglądów czy płci, występuje najzwyczajniej w wielu przypadkach.

Zatrudniające sportowców kluby koszykarskie czy siatkarskie dyskryminują niskich, angażując w przytłaczającej większości zawodników powyżej pewnego wzrostu. Podobnie dyskryminowane są osoby pracujące w radio, gdzie stosowany jest dobór pod względem tembru głosu czy braku jąkania się.

Dyskryminacja jest codziennym elementem życia. Mężczyzna podrywający w barze czy dyskotece wybiera te kobiety, które są ładniejsze, a odrzuca te brzydsze (oczywiście wg jego subiektywnej oceny). Identycznie w drugą stronę działają kobiety odrzucają zaloty tych, którzy im się z jakichś względów nie podobają.

Zlikwidowanie prawa do dyskryminacji jest niedopuszczalne zarówno na płaszczyźnie moralnej, jak i ekonomicznej. Niewyobrażalnym jest, aby zmuszać kogoś do sprzedawania swojego majątku lub czasu, każdemu kto tego zażąda. Jeżeli jednostki zawiązują jakąś umowę na wolnym rynku, oznacza to, iż jest ona korzystna dla jednej i drugiej strony. Jeżeli zaś tego nie robią, należy uznać że umowa byłaby niekorzystna. Bez prawa do dyskryminacji wymuszane są transakcje nieopłacalne ekonomicznie.

Tymczasem, pod pretekstem różnych rozwiązań, rządzący naszym nieszczęśliwym krajem, a europejskim związkiem socjalistycznych landów w szczególności, wprowadzają kolejne uchwały, ustawy i rozporządzenia „równościowe”, „antydyskraminacyjne”. Unia Europejska niemal w każdym sprawozdaniu pochyla się nad „prawami kobiet”.

Sprowadza się to do ubolewania nad nieodpowiednią reprezentacją płci pięknej na odpowiednich stanowiskach dyrektorskich czy zarządzających. Teraz jednak feministki poszły o krok dalej i domagają się wystarczającej liczby kobiet na kutrach rybackich, możliwe więc, że niedługo zrealizują nawet iście postępowy postulat „bądźmy neoliberalni, wszystkie baby do kopalni”.

Dyskryminować można zatem z wielu bardzo różnych powodów i pracodawca ma prawo do każdego z nich. Właściciel drużyny koszykarskiej ma prawo zatrudniać jedynie zawodników powyżej 2 metrów wzrostu, a właściciel firmy kucharskiej ma prawo zatrudniać jedynie kobiety. Dysponuje on swoim majątkiem, jeżeli podejmie zatem działania błędne, to co najwyżej on będzie ponosił tego konsekwencje.