Korwin-Mikke o języku. „Angielszczyzna tryumufuje, bo żadne formalne ciało nie dyktuje ludziom, jak mają pisać i mówić”

Janusz Korwin-Mikke. / foto: PAP
Janusz Korwin-Mikke. / foto: PAP

Jest rzeczą zdumiewającą, że intelektualiści – skądinąd głośno opowiadający się za wolnością – w istocie zajmują się produkcją reguł ograniczających swobodę ludzi, a czasem posuwają się do prób zmiany rzeczywistości poprzez narzucanie przymusu.

Pierwszym przykładem jest ortografia. Przez wieki języki rozwijały się spontanicznie – i tak właśnie powinno być. Po nieszczęsnej rewolucji antyfrancuskiej 1789 roku powołana przez reżym akademia zaczęła nakładać ścisłe reguły na pisownię i wymowę francuską – podczas gdy ani w Anglii, ani w USA nic takiego nie istnieje. W efekcie dominująca poprzednio w świecie francuszczyzna zeszła do roli języka prowincjonalnego – podczas gdy angielszczyzna tryumfuje.

Tryumfuje dlatego, że żadne formalne ciało nie dyktuje ludziom, jak mają pisać i mówić po angielsku.

Przykłady drugiego zjawiska wiążą się z nasilającą się ogólną faszyzacją i komunizacją Europy. Intelektualiści zaczęli uważać, że poprzez zmiany języka mogą zmieniać rzeczywistość – zgodnie z doktryną śp. Karola Marxa: „Filozofowie dotąd tylko rozmaicie interpretowali świat – a idzie o to, aby go zmienić”. Przy pomocy aparatu państwowego oczywiście.

Dzieje się to na każdym odcinku. Pamiętam jeszcze, jak próbowano w fizyce zmieniać tradycyjne nazwy jednostek, tworząc dziwaczne słowa „kilopond” albo „kilogram-siła”. Znacznie bardziej zamordystyczni okazali się jednak „humaniści”.

Przypominam kuriozalny wręcz przykład językoznawców (pamiętajmy, że przydomek „Wielkiego Językoznawcy” nosił Józef Stalin), którzy opracowali w 1936 roku reformę ortografii – czasem posuwając się do tego, że po pijanemu zakładali się: „Jasne, że pisanie »Jakub« to nonsens, bo »jakobini«, »jakobici«, »jakobian« – a w innych językach »Jacob«, »Iacopus« itd. – ale ludzie będą posłusznie pisać, jak im każemy!”. I mieli rację: polskie społeczeństwo potulnie przyjęło i ten, i inne nonsensy. Tak nawiasem: ciekawe, czy Amerykanie bez sprzeciwu przyjmą narzucaną przez środowiska „naukowe” (LGBTQZ, gender itd.) „poprawność polityczną”?

W Polsce podejmuje się próby zwalczania „niekorzystnych” (zdaniem większości intelektualistów) zjawisk społecznych poprzez zmianę… słownictwa. Przypomina to praktyki murzyńskich czarowników polegające na zaklinaniu rzeczywistości. Społeczeństwo czasem okazuje się jednak na to odporne. Znakomitym przykładem jest próba zmuszenia Polaków do nazywania Cyganów „Romami”.

Efekt jest zdumiewający. Jak już pisałem: „To kolosalna różnica. Cyganie to barwny wędrowny ludek, grający na skrzypcach, kradnący, handlujący końmi, bielący kotły, wróżący z kart – a »Romowie« tu ponury lud osiadły w okolicach ośrodków rozdających zasiłki”. Dzieciom „romskim” nie chce się już nie tylko chodzić do szkoły; nie chce im się uczyć grać na skrzypcach, klepać patelni, wróżyć, żebrać, a nawet kraść – po co, skoro są zasiłki?

Kompletna ruina narodu spowodowana przez dobrych wujków-socjalistów. Polskich Cyganów nie zniszczył Hitler ani Stalin; zniszczyli ich: Gomułka i jego (pełni najlepszej woli!) następcy.

Piosenki o Cyganach pokazują, że w stosunku do Cyganów nie było dyskryminacji; dla artystów i oryginałów byli nawet bardzo atrakcyjnymi wzorami i partnerami: »Cyganem chciałbym być/ Cygankę chciałbym mieć/ Cyganka mówiła/ Że kocha mnie« albo: »Poszła dziewczyna/ Zapytać pana/ Czy jej pozwoli/ Wyjść za Cygana? / Cygan bez roli/ Cygan bez chaty/ Lecz Cygan wolny/ Cygan bogaty!«. A zna ktoś piosenkę o »Romach«? Czy jakiś gadzi chciałby wziąć ślub z Romem/Romką?

W USA i w dużej mierze w Anglii intelektualistom udała się ta sztuka z Murzynami. Użycie słowa Negro jest tam zakazane do tego stopnia, że nawet w pracach naukowych pisze się: „to słowo na N” (N-word). Przypomina to opisywane bodaj przez śp. Witolda Gombrowicza panienki, które ubrdały sobie, że nieprzyzwoite jest słowo „grdyś” – i wymawiały je w tajemnicy, rumieniąc się przy tym.

Co ciekawe: wolno używać nazw „Nigeria” i „Niger”, a Murzyni (ale nie posiadający wyższego wykształcenia!) mówią do siebie bez skrepowania You nigger czy You nigga – jeszcze „gorsze” niż Negro – i nie budzi to oburzenia. Podobnie w innej dziedzinie (również w Polsce): stosunki 30-latka z 14-latką to pedofilia, ale stosunek tej samej 14-latki z 16-latkiem nie powoduje żadnej reakcji prawnej!! Bo to „między sobą”.

Inną operację lingwistyczną zrobiono w Polsce na inwalidach. Zaczęto tępić to określenie, wprowadzając nazwę „niepełnosprawni”. I znów – tak jak z Cyganami/Romami: „inwalida” to ktoś, komu trzeba pomagać, kto budzi sympatię – natomiast słowo „niepełnosprawny” w uszach Polaków staje się określeniem osobnika bezczelnie domagającego się pieniędzy i przywilejów z racji swojego kalectwa.

Na szczęście sami inwalidzi nie dali się zwariować – i nadal istnieją: Polski Związek Emerytów, Rencistów i Inwalidów, Ogólnopolski Związek Inwalidów Narządu Ruchu, Związek Inwalidów i Emerytów – i nikt też jakoś nie próbuje zmienić nazwy „plac Inwalidów” na politycznie poprawną. Warto też zauważyć, że gdy „nowi, lepsi inwalidzi” chcieli odciąć się od PRL-owskiego Związku Inwalidów Wojennych i musieli użyć innej nazwy, to zmienili ją na Związek Inwalidów Wojennych RP, a nie na (znacznie bardziej się różniącą!) „Związek Niepełnosprawnych Wojennych”!

Inny przykład, który mnie zaszokował: zaatakowano mnie za używanie słów „debil”, „imbecyl” i „idiota” – twierdząc, że skoro teoretycy metamedycyny zmienili terminologię i osobnik o IQ 55-69 w skali Wechslera to dla lekarzy (oficjalnie!) nie „debil”, tylko „człowiek upośledzony umysłowo w stopniu lekkim, który będąc dorosłym, reprezentuje poziom umysłowy zbliżony do poziomu 12-latka” – to ja mam się do tego stosować i używać tak długiego określenia!!

Dawniej określało się to wg takiej mniej więcej skali IQ: ociężałość umysłowa – 70-85, debilizm –55-69, imbecylizm – 40-54, idiotyzm – 25-39 i ciężki idiotyzm –poniżej 24; krótko!

A imbecyle z powodów oczywistych nie obrażają się, gdy ktoś pisze o nich „imbecyle”. Robią to ich samozwańczy obrońcy – których celem jest w rzeczywistości „zmiana stereotypów patriarchalnego społeczeństwa”.

Czemu ja, jako konserwatysta, się sprzeciwiam!