Kompletne szaleństwo klimatystów. Nie chcą mieć dzieci, bo chronią planetę przed globalnym ociepleniem

Jak informuje „The New York Times” liczba urodzeń w Anglii i Walii spadła do najniższego poziomu od 80 lat, czyli odkąd zaczęto sporządzać dokładne statystyki. Amerykańska gazeta przeanalizowała dane brytyjskiego urzędu statystycznego (Office of National Statistics).

W starzeniu się społeczeństwa i spadku dzietności nie byłoby nic specjalnie dziwnego, gdyby nie nowy typ motywacji młodych ludzi, którzy świadomie ograniczają prokreację.

W 2018 roku w Anglii i Walii na każde 1000 kobiet przypadało zaledwie 11 urodzeń, czyli o 46 proc. mniej niż w rekordowym, powojennym 1947 roku, gdy doszło do baby boomu. Według Krajowego Biura Statystyki w Anglii i Walii w 2018 roku urodziło się tylko 657 076 dzieci, czyli o 3,2 proc. mniej niż w roku 2017 i aż o 10 proc. mniej niż w roku 2012.

Statystki zapewne i tak dodatkowo zawyżają rodziny imigrantów, które podobnych problemów nie mają. W przypadku Anglików i Walijczyków eksperci uważają, że na taki stan rzeczy składa się kilka przyczyn, m.in. problemy z płodnością, starzenie się społeczeństwa oraz kłopoty z zajściem w ciążę kobiet, które zbyt późno decydują się na dziecko.

To także wynik zmian cywilizacyjnych, w których kobiecie wmówiono, że założenie rodziny i urodzenie dziecka są mniej ważne niż zdobycie wykształcenia i samorealizacja zawodowa. Średni wiek, w którym kobieta decyduje się na pierwsze dziecko wzrósł z 26,7 lat w 1978 roku do 30,6 lat w 2018. Z kolei tzw. wskaźnik dzietności w Anglii i Walii spadł rok do roku z 1,76 do 1,7.

Zupełną nowością jest jednak to, że niektóre pary rezygnują z posiadania dzieci lub decydują się tylko na jedno dziecko z powodu… troski o środowisko. Amerykańska gazeta przypomina w tym kontekście wypowiedź księcia Harryego, który zadeklarował, że nie chce mieć więcej niż dwoje dzieci, ponieważ razem z Meghane martwią się o przyszłość planety.

Natura jednak nie znosi próżni, a jeśli tego typu głupstwa przybiorą większe rozmiary, to przecież po drugiej stronie kanału La Manche czekają już na możliwość desantu na Wyspy Brytyjskie tysiące migrantów, którzy lukę zapełnią.

Niektórzy „poprawni” uważają, że z rodzimych stron migrantów też wypędzają zmiany klimatyczne, ale jak widać regulują te problemy po swojemu. Zresztą wzory mogą czerpać właśnie od Brytyjczyków, którzy w poprzednich wiekach w taki sam sposób tworzyli swoje imperium, niosąc na nowe kontynenty cywilizację, która jednak nie przenosiła autodestrukcyjnych idei w rodzaju tez o zmianach klimatycznych.

Czy rzeczywiście mamy do czynienia z globalnym ociepleniem? W Bibliotece Wolności właśnie pojawiła się krótka książka Marcina Adamczyka mierząca się z mainstreamowym podejściem do zmian klimatycznych. ZAMÓW KLIKAJĄC GRAFIKĘ:

Źródło: PCh24