Donald Trump wkurzył się na „socjalistyczną” Kalifornię i producentów aut, którzy ulegają jej szantażowi i stosują się do norm tego stanu, produkując droższe samochody

fot. ilustr. Twitter

Donald Trump zaatakował amerykańskich producentów samochodów, którzy zamiast zaakceptować rządowe propozycje złagodzenia norm CO2, woleli dostosować się do norm z Kalifornii, które są znacznie bardziej restrykcyjne, niż gdzie indziej.

Agencja ochrony środowiska za prezydentury Donalda Trumpa usiłuje złagodzić obecne standardy, a tymczasem Kalifornia idzie pod prąd takim tendencjom i zamierza jeszcze bardziej zaostrzyć i tak restrykcyjne zasady emisji spalin.

Tymczasem producenci aut (Ford, Honda, Volkswagen i BMW) zdecydowali się na zawarcie porozumienia w tej sprawie ze stanem Kalifornia, a inni producenci z sektora motoryzacyjnego chcą do nich dołączyć. Powód jest prosty. Kalifornia to stan bogaty i łakomy kąsek tego rynku.

Donald Trump dał wyraz temu co myśli o szefach koncernów na Twitterze: „Moja propozycja korekty dla politycznie poprawnych producentów samochodów obniżyłaby średnią cenę samochodu o ponad 3000 USD, jednocześnie czyniąc samochody bezpieczniejszymi. Silniki byłyby trwalsze, a obniżenie norm miałoby bardzo niewielki wpływ na środowisko! Głupi szefowie”.

Wg prezydenta Trumpa historyczni szefowie Forda i General Motors „przewracają się w grobach”, widząc „słabość obecnych liderów producentów samochodów, którzy są gotowi wydawać więcej na samochody mniej bezpieczniejsze i gorsze i obciążać dodatkowo sumą 3 tys. dolarów za takie coś konsumentów. „To szalone!” – pisze prezydent Trump i zarzuca Kalifornii, że chce doprowadzić koncerny motoryzacyjne „do ruiny”.

Według „New York Times” do umowy z Kalifornią jest gotowy przystąpić także Mercedes-Benz, a także inny znaczący producent samochodów, którego na podstawie tweetów prezydenta można zidentyfikować jako General Motors.

Nie znane jest stanowisko Toyoty, Fiata-Chryslera i właśnie General Motors, którego przedstawiciele byli proszeni niedawno o solidarność z decyzjami Białego Domu.

Wyśrubowane normy emisji spalin wprowadzono za prezydentury Baracka Obamy. Donald Trump chce ich złagodzenia, by obniżyć ceny i pobudzić handel nowymi autami oraz wydobyć ten przemysł z recesji.

Wpływ nowych norm na ochronę klimatu jest praktycznie żaden, a historie z masowymi oszustwami dotyczącymi norm kilku koncernów, pokazują, że godzą się one na restrykcje, po czym bezczelnie oszukują, bo nie są w stanie wywiązać się z przyjętych zobowiązań.

„Socjalistyczna” Kalifornia teoretycznie chce „utrzymać ambitne cele wyznaczone przez Baracka Obamę”, ale szantażując koncerny zakazem wprowadzenia ich aut na swój rynek, chce przede wszystkim zagrać na nosie pomysłom Prezydenta.

Donald Trump jeszcze w sierpniu 2018 r. zaproponował anulowanie rozporządzenia przyjętego za jego poprzednika na lata 2017-2025, które stanowiło jeden z głównych filarów tzw. „planu klimatycznego Obamy”. Standardy emisji miały by być zamrożone na poziomie 2020 r., do roku 2026 r.

Źródło: NYT/ Le Parisien