Tak to się robi w Niemczech. Fałszerstwo wyborcze na wielką skalę. Członek komisji zaliczał Zielonym głosy oddane na prawicową AfD

Urna wyborcza - zdjęcie ilustracyjne. / fot. PAP/Wojciech Pacewicz
Urna wyborcza - zdjęcie ilustracyjne. / fot. PAP/Wojciech Pacewicz

Jak mawiał Józef Stalin, nieważne kto głosuje, ważne, kto liczy głosy. Stara prawda znalazła potwierdzenie w niemieckim landzie Brandenburgia. Jeden z członków komisji wyborczej głosy oddane na prawicową partię „Alternatywa dla Niemiec” zaliczał skrajnie lewicowym Zielonym.

Chodzi o wybory lokalne z 26 maja. Antybohater przyznał się do zarzucanych mu czynów. W rozmowie z gazetą „Tagesspiegel” powiedział, że zadziałał spontanicznie.

W komisji wyborczej było łącznie 6 osób, ale to nie przeszkodziło młodemu lewicowcowi w manipulacji. – Nikt mnie nie kontrolował. Zmieniałem głosy tak, że te oddane na AfD były liczone jako oddane na Zielonych – wyznał.

Twierdzi, że nie planował tego, lecz zadziałał spontanicznie. – Moje serce bije po lewej stronie – zdradził. Nie potrafił zaakceptować faktu, że prawicowa parta AfD cieszyła się tak dużym poparciem wyborców. Podczas wyborów samorządowych uzyskała w całym kraju 15,9 proc. głosów.

Osoba, która dopuściła się manipulacji, nie potrafi dokładnie stwierdzić, ile głosów zostało sfałszowanych. Szacuje, że około 50.

Tutaj, w Brandenburgii wszystko funkcjonuje gorzej niż w Berlinie. Dobrze jest nazwać Murzyna Murzynem. Kiedy wieczorem siedzimy w barze, zawsze znajdzie się ktoś, kto opowie rasistowski żart, a wszyscy śmieją się bez żadnej refleksji. Mój świetny przyjaciel, którego ojcem jest Irakijczyk, regularnie jest wyzywany. Gdy odwiedza znajomych w zachodnich Niemczech, nie doświadcza tego – twierdzi.

Oczywiste oszustwo sprawiło, że w Niemczech na nowo rozgorzała dyskusja o sposobie liczenia głosów. Sprawę bagatelizuje jednak polityk CDU, Sascha Gem. – Na poziomie lokalnym możemy co najwyżej decydować, czy nową farbę elewacyjną w przyszłym roku dostanie szkoła A czy B. To dość głupie, co zrobił. Podejmowanie takich prób, gdy prawdopodobieństwo ich wykrycia jest spore, jest irracjonalne – powiedział.

Prokuratura w Poczdamie wszczęła postępowanie w tej sprawie, ale nie chce wypowiadać się o szczegółach. Oszustowi grozi do pięciu lat pozbawienia wolności. W rozmowie z „Tagesspiegel” z rozbrajającą szczerością przyznał, że gdyby mógł cofnąć czas, to ponownie sfałszowałby głosy. Również dlatego, że w obowiązującym systemie, to bardzo proste.

Źródło: tagesspiegel.de/nczas.com