Michalkiewicz obnaża przedwyborczą hipokryzję. „Umiłowani Przywódcy będą przychylali nam nieba”

Stanisław Michalkiewicz. / Fot. wolnosc24.pl
Stanisław Michalkiewicz. / Fot. wolnosc24.pl

A to się narobiło! Żeby to jeszcze kiedy indziej, a tymczasem – tuż przed wyborami do tubylczego parlamentu, w którym Umiłowani Przywódcy będą przychylali nam nieba według wskazówek, to znaczy według dyrektyw Komisji Europejskiej, bombardującej nimi lokalne bantustany w ilości większej niż jedna dziennie. Już nad samym tłumaczeniem tego wszystkiego trzeba się napracować, nie mówiąc już o zrozumieniu, a przecież to dopiero etap wstępny, bo potem trzeba to wszystko sformułować własnymi słowami.

W przeciwnym razie mogłyby pojawić się wątpliwości, czy Polska jest jeszcze państwem suwerennym – ale dopóki możemy te dyrektywy przekładać na własne słowa, to w suwerenność naszą wątpić nie wypada.

Ale o tym innym razem, bo tymczasem wybuchła afera na miarę amerykańskiej Watergate, która – jak pamiętamy – polegała na założeniu podsłuchów w siedzibie Partii Demokratycznej. Dzisiaj, w epoce inwigilacji totalnej, taka sprawa nie zainteresowałaby nawet w Ameryce psa z kulawą nogą, a cóż dopiero w naszym bantustanie, w którym podmianka na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej nastąpiła w efekcie podsłuchów, jakie przy pomocy kelnerów miał założyć dygnitarzom obozu zdrady i zaprzaństwa pan Marek Falenta.

Wprawdzie pan Falenta twierdził, że całą operację zlecili mu, a nawet udzielali pomocy, pierwszorzędni fachowcy, ale na szczęście nie powiedział jacy – dzięki temu został tylko ostrzegawczo skierowany na badania psychiatryczne, bo jużci – każdy, kto nie wierzy w pełny spontan naszej młodej demokracji, musi mieć nierówno pod sufitem.

Przypuszczam jednak, że pan Falenta, który przecież jest już dużym chłopczykiem, jakoś się zabezpieczył na wypadek, gdyby, dajmy na to, na spacerniku trafił go piorun kulisty, dzięki czemu ani nie powiesił się na własnym prześcieradle – jak Dawid Kostecki – ani nie dostał udaru – jak Brunon Kwiecień, który, nawiasem mówiąc, jak jakiś obłąkaniec twierdził, że pomysł wysadzenia Sejmu w powietrze podsunęli mu funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Nic dziwnego, że trafił go szlag.

Skoro jednak zbliżają się wybory, które stwarzają znakomitą okazję do podjęcia próby kolejnej podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu, to byłoby dziwne, gdyby z takiej okazji nie próbowali skorzystać mocodawcy i protektorzy obozu zdrady i zaprzaństwa, który nie może się doczekać czasów, kiedy wszystko będzie jak dawniej. Nie czeka zresztą biernie, bo dzięki wsparciu starszych i mądrzejszych podejmuje starania, by pozycję obozu „dobrej zmiany” podważyć.

W tym celu zorganizowany został Komitet Obrony Demokracji, w tym celu na ulicach pojawili się Obywatele RP i nawet niezawiśli sędziowie zaangażowali się w polityczne demonstracje, paląc kaganki i kicając w obronie praworządności. Wreszcie przyszła kolej na sodomitów i okazało się, że pod tęczowym sztandarem zmieszczą się nie tylko seksualni odmieńcy, ale również obrońcy demokracji, Obywatele RP, a nawet pan Włodzimierz Czarzasty z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, uchodzący do niedawna w kręgach za „męską szowinistyczną świnię”.

Nigdy jednak nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej, toteż jacyś szatani podkusili panią Emilię, żeby trochę pomogła losowi. Pani Emilia, która dzisiaj prezentuje się nie jako „mała dzielna żona żołnierza”, tylko jako „żołnierz”, i to w dodatku słusznej sprawy, nawiązała łączność z wiceministrem sprawiedliwości, panem Łukaszem Piebiakiem, przed którym podjęła się organizowania tak zwanego „hejtu” na niezawisłych sędziów, zwłaszcza tych, którzy znajdują się na pierwszej linii frontu walki o praworządność, która tak bardzo leży na sercu Naszej Złotej Pani.

Pani Emilia twierdzi, że wprawdzie brała za swoje czynności pieniądze, ale – po pierwsze – nie pochodziły one z Ministerstwa Sprawiedliwości, tylko od osób fizycznych, a po drugie – nie były one wielkie – na przykład jednym razem sto, a drugim pięćset złotych. Jeśli to prawda, to można powiedzieć, że pani Emilia w gruncie rzeczy działała z pobudek ideowych, czego nie można niestety powiedzieć o parlamentarzystach, u których – po pierwsze – pobudek ideowych nie można się dopatrzeć nawet ze świecą, bo żeby mieć pobudkę, to najpierw trzeba mieć ideę – a z tym u nas coraz trudniej. Po drugie – że parlamentarzyści za swoją bezideowość biorą pieniądze znacznie większe niż te, do których gotowa się przyznać pani Emilia, dzisiaj zresztą serdecznie żałująca swoich błędów Niebu obrzydłych.

W rezultacie pan wiceminister Piebiak podał się do dymisji, którą pan premier Morawiecki przyjął w przekonaniu, że to sprawę zakończy. Ale gdzie tam! Nieprzejednana opozycja, która w sprawie amerykańskiej ustawy 447 JUST nie zająknęła się ani słowem, a 19 lipca „wstrzymała się” od głosu podczas odrzucania ustawy „antyroszczeniowej”, teraz rzuciła się na aferę Water-Hejt niczym hieny na padlinę. Inna sprawa, że to znakomita okazja, by „pięknie się różnić”, nie ryzykując wdaniem się w jakieś merytoryczne spory. Toteż jeden przez drugiego pokazuje, jak to nieugięcie stoi na nieprzejednanym stanowisku, w czym przoduje poseł Brejza – też, nawiasem mówiąc, oskarżany o organizowanie „hejtu”.

No dobrze – ale na czym właściwie polegał ów „hejt” wobec niezawisłych sędziów. Co właściwie prokurowała na nich pani Emilia, podsuwając następnie efekty swojej pracy niezależnym mediom głównego nurtu i nurtów pobocznych? W mediach pojawiają się informacje, że pani Emilia podsuwała mediom materiały „kompromitujące sędziów”. Co to za „materiały”? Czy to informacje o zachowaniach lub postępkach sędziów, którzy rzeczywiście się ich dopuścili? Jeśli tak, to nie jest żaden „hejt”, tylko informacja. Gdyby sędziowie nie zachowywali się w taki sposób ani nie dopuszczali się postępków, to pani Emilia musiałaby wszystkie te historie wysysać sobie z palca. Tymczasem żaden niezawisły i „hejtowany” sędzia nie oskarża jej przed niezawisłym sądem o zniesławienie, a w tej sytuacji można podejrzewać, że pani Emilia coś tam jednak o tych sędziach wiedziała. No dobrze, wiedziała – ale właściwie skąd?

Wydaje mi się, że jedynym źródłem takich informacji mogły być tak zwane służby, czyli bezpieczniackie watahy, które rutynowo zbierają rozmaite informacje o obywatelach gwoli ich szantażowania, jeśli na przykład są zamożni lub wpływowi. Takie „kompromitujące” informacje można też wykorzystać przed wyborami, niekoniecznie zresztą z jednej pozycji, ale też z pozycji odwrotnej. Myślę, że z panią Emilią właśnie ta było. Że jakaś bezpieczniacka wataha, prawdopodobnie wykonując zadanie zlecone jej przez zagraniczną centralę, pragnącą doprowadzić do kolejnej podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu, po prostu podsunęła panią Emilię panu wiceministrowi Piebiakowi, który w przekonaniu, że swemu ministrowi wyświadcza przysługę, skwapliwie dał się na tę prowokację nabrać. A kiedy już nazbierało się sporo materiału obciążającego Ministerstwo Sprawiedliwości, pani Emilia zalała się łzami i dlatego mamy Water-Hejt.