
Od początku ruchu „żółtych kamizelek” we Francji spora dawka społecznego gniewu skierowała się na radary. Przepisy ograniczające szybkość na drogach publicznych w terenie niezabudowanym do 80 km/h przelały zresztą wtedy czarę goryczy.
Od tego czasu rząd częściowo się z tego wycofał i pozostawił decyzję o ograniczeniach szybkości władzy lokalnej. Radary pozostały jednak obiektem ataków. Niektóre są po prostu nakrywane czarnymi workami, inne niszczone.
Właśnie tym atakiem na radary tłumaczy się znaczny spadek dochodów do budżetu za mandaty. W 2011 r. dochody z tego tytułu poszybowały z 642 mln do 1,1 mld. Wydawało się, że jest to studnia bez dna, a każdy nowy radar szybko się amortyzował. Jak widać, do czasu…
Wg dziennika „Les Echos” nagłe załamanie się wpływów do budżetu z tego tytułu to efekt „niespotykanej fali wandalizmu”. W 2019 r. rząd liczył z radarów na dochody rzędu 1,1 miliarda, a w rzeczywistości będzie to od 500 do 600 milionów euro.
Wskaźnik czasu pracy ustawionych na drogach radarów w 2017 r. wynosił 93%, w 2018 już tylko 88,87%, a w 2019 zjechał do 75%. Protesty i działania przynoszą realny skutek. Liczba mandatów za takie wykroczenia spadła o 17% i chociaż rząd twierdzi, że pogorszyło to poziom bezpieczeństwa na drogach, to jakoś nikogo to już specjalnie nie przekonuje.
Dlatego m.in. zrewidowano już prognozy na rok 2020. Przewidują one mocno uśredniony wpływ z mandatów za przekraczanie szybkości w wysokości 728 milionów euro, ale i to może okazać się zbyt optymistyczne, jeśli nastroje społecznego buntu przeciw państwu nie zostaną spacyfikowane.
W przyszłym roku na drogach Francji ma „pracować” 4400 radarów, chociaż wcześniej planowano 4700. Pojawią się nowe typy urządzeń bardziej odpornych na zniszczenia. Chce się też powierzyć „lotne radary” umieszczane w autach obsłudze prywatnych firm zewnętrznych. Jest akcja, więc pojawia się i reakcja…
Źródło: Les Echos/ Valeurs Actuelles