
Niepowodzenia ponoszone przez armię Burkina w walce islamskimi rebeliantami tłumaczone są jej fatalnym stanem. Niewyszkoleni żołnierze, braki sprzętowe, fatalne nastroje to przyczyny, które spowodowały, że zdaniem Międzynarodowej Grupy Kryzysowej „władze utraciły kontrolę nad częściami kraju”.
Północ i wschód Burkina Fasso są już niemal całkowicie zdane dżihadystom. Prześladowani i atakowani mieszkańcy tych terenów przestali już liczyć na armię i próbują sami organizować opór.
Zagraniczni obserwatorzy mówią, że zarówno żołnierze, jak i policja są „zdemotywowani”. Jeden z żołnierzy mówi, że automatyczny pistolet, a do niego… pięć nabojów. Magazyny armii są puste.
Przestają dziwić dezercje, opuszczanie posterunków i łatwość z jaką żołnierze poddają się w bezpośrednich starciach zbrojnych z rebeliantami. Niedawno, kilka oddziałów wojska opuściło swoje posterunki na północy kraju, w pobliżu granicy z Mali. Podobnie postąpiła policja w mieście Djibo, której funkcjonariusze spakowali po prostu swoje manatki i woleli wyjechać.
Wojsko i policja są też źle opłacani i nie chcą podejmowania ryzyka. Cały dzień udziału w akcji to dieta w wysokości 1,5 tys. CFA (franków zachodniej Afryki), czyli równowartość niecałych 10 zł. W rzeczywistości nie dostają nawet tego.
Sytuację stabilizuje jedynie obecność Francuzów, którzy np. wysłali wojskowe posiłki do wspomnianego miasta Djibo, aby wspierać lokalną armię. Według francuskiego sztabu generalnego było to jednak tylko wsparcie tymczasowe.
W stolicy Wagadugu doszło we wrześniu do demonstracji żądających ukrócenia terroryzmu w kraju. Władze liczą na większe wsparcie ze strony Francji, ale ich własne zdolności samoobrony stają się iluzoryczne.
Źródło: France Info