Robert Biedroń sprzedawał w Słupsku intratne stanowiska? „Płać, po co ci problemy”

Robert Biedroń. Foto: PAP
Robert Biedroń. Foto: PAP

Barbara Wiśniewska, była asystentka i sekretarka Roberta Biedronia, miała kierować do osób, które otrzymały w Słupsku intratne stanowiska, żądanie wpłat na fundację związaną z Robertem Biedroniem.

„Płać, po co ci problemy” – takie zdanie mieli słyszeć ci, którzy otrzymali w Słupsku intratne stanowiska. Chodziło o wpłaty na rzecz Instytutu Myśli Demokratycznej czyli fundacji związanej z Robertem Biedroniem.

– Współpracowaliśmy z Biedroniem trzy lata przed tym, zanim został prezydentem Słupska. Kiedy jeszcze był posłem, byłem jego asystentem, a później pełnomocnikiem Komitetu Wyborczego Nareszcie Zmiana – powiedział Bartosz Fieducik, doktor prawa i adwokat, który od lat wspierał Roberta Biedronia, w rozmowie z „Radiem Gdańsk”.

– W kampanii wyborczej mieliśmy dżentelmeńską umowę, Biedroń wygrywa wybory, ja zostaję wiceprezydentem. Po wyborach okazało się, że zdecydował inaczej i stawia na inne nazwiska. Robert w rozmowie ze mną powiedział wprost – „wybierz sobie inne stanowisko poza wiceprezydentem”. Wybrałem więc radę nadzorczą Pomorskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. To spółka zarządzająca Słupską Specjalną Strefą Ekonomiczną. To była moja świadoma decyzja. To, co się działo w ratuszu, coraz mniej zgadzało się z programem i wartościami, z którymi szliśmy do wyborów. Nie chciałem być kojarzony z ratuszem. Przestałem chodzić na spotkania organizowane dla członków jego (Biedronia – przyp.red.) komitetu wyborczego – opowiada Fieducik.

– W 2017 roku dostałem telefon z prośbą o spotkanie od współpracownicy prezydenta. Nie byłem tym zaskoczony, bo znaliśmy się przecież od lat i mieliśmy częsty kontakt. Na spotkaniu usłyszałem jednak coś zdumiewającego. Poproszono mnie, abym wpłacił na konto Instytutu Myśli Demokratycznej swoje miesięczne uposażenie w radzie, czyli blisko 2500 zł. Oburzyło mnie to. Nic mnie z tym instytutem przecież nie łączyło. Z kontekstu rozmowy mogłem wywnioskować, że lepiej będzie, jak zrobię przelew, to nie będzie problemów. – dopowiada.

– Zapłacił Pan? – dopytywał reporter „Radia Gdańsk”.

– – Tak, zapłaciłem. Przelałem całą wypłatę. Myślałem, że na tym się skończy. Niedługo po tym jednak zostałem poproszony na kolejną „kawę”. Przekazano mi „uprzejmą” prośbę, żebym płacił systematycznie, co miesiąc 300 zł. Zareagowałem emocjonalnie. Przypadkiem bowiem dowiedziałem się wcześniej, że organizowane jest w Słupsku spotkanie członków instytutu i mnie na nie zaproszono, choć dokonałem niemałej wpłaty na jego rzecz. To nie wyglądało dobrze. Czułem się tak, jakbym miał się odpłacać za możliwość pracy. Na pocieszenie usłyszałem, że i tak początkowo chciano, żebym płacił 500 zł., więc żebym nie narzekał. – odpowiedział prawnik.

Okazuje się, że odmowa nie wchodziła w grę.

– Proszę zrozumieć. Prezydent może odwołać członka rady nadzorczej w każdej chwili i nie musi się nikomu tłumaczyć. Z tego, co pamiętam, w tamtym okresie dwa razy dostałem telefon z przypomnieniem, że jeszcze środków nie ma na koncie i pytano, dlaczego jest zwłoka. Wpłaty były zatem monitorowane. Po takich telefonach robiłem przelewy. – opowiada były współpracownika obecnego europosła.

Jak widać w słupskim ratuszu za kadencji Roberta Biedronia panowały iście mafijne układy: wnoszenie opłat za stanowiska i ciągły strach przed utratą pracy.

Po nigdy niewyjaśnionej sprawie z pobiciem matki, to już kolejny raz gdy różnego rodzaju przecieki ujawniają ciemniejszą stronę wiecznie uśmiechniętego i grającego pozytywną postać polityka.

Źródło: Radio Gdańsk