Francuski sąd twierdzi, że karykatura wizerunku polityka w ekskrementach „nie przekracza dopuszczalnych granic wolności wypowiedzi”

Marine Le Pen. Foto: PAP/EPA
Marine Le Pen. Foto: PAP/EPA
REKLAMA

Rzecz jasna, tylko w przypadku, gdy tym politykiem jest szefowa Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen. Kiedy dotyczy to innych, wyroki nie są już tak „pro-wolnościowe”. Coraz mocniej widać cenzurę, a kary szeroko się sypią z rękawa sędziowskiej togi. Takie czasy.

Marine Le Pen złożyła skargę do sądu o „znieważenie publiczne” po pokazaniu w programie telewizyjnym France 2 jej wulgarnej karykatury opublikowanej przez tygodnik „Charlie Hebdo”. Oskarżyła nie tygodnik, ale publiczną stację TV ze względu na jej znacznie większy zasięg odbiorców.

REKLAMA

Wydarzenia miały miejsce w styczniu 2012 roku, podczas kampanii do wyborów prezydenckich. Publiczna TV pokazała wówczas w „przeglądzie prasy” przerobiony plakat wyborczy Le Pen. Na tle trójkolorowego sztandaru, zamiast twarzy przewodniczącej ówczesnego Frontu Narodowego, narysowano parującą… kupę.

Procedury i procesy w tej sprawie trwały siedem lat procedury. Teraz Sąd Apelacyjny oddalił ostatecznie pozew Marine Le Pen i w swoim wyroku uzasadnił, że obraza może i była, ale za to nie było „przekroczenia dopuszczalnych granic wolności wypowiedzi”.

Sędziowie dodali, że „wolność słowa jest jedną z podstawowych podstaw społeczeństwa demokratycznego”. Szkoda tylko, że funkcjonuje to w jedną stronę. Mało tego, władza coraz mocniej „walczy z hejtem”, więc na tym kierunku akurat „granice wolności” mocno się kurczą.

Przed trybunały ciągnie się np. księdza, który odprawił nabożeństwo dla „żółtych kamizelek”, a ci odśpiewali antyprezydencki kuplet. Grzywnami karani są autorzy antymacronowskich napisów, ściga się karykatury prezydenta w mediach społecznościowych, o zakazie jakichkolwiek wycieczkach satyrycznych wobec LGTB, czy o miejscowej wspólnocie żydowskiej już nie wspominając (felietonista Zemour, czy satyryk Dieudonne).

Źródło: France-Info

REKLAMA