
Nie ustają protesty w stolicy Chile – Santiago. Wyszło tam na ulice około miliona ludzi, którzy protestują przeciw „nierównościom społecznym i drożyźnie”. Chile, które było jednym z bardziej stabilnych krajów regionu Ameryki Łacińskiej, pogrąża się w chaosie.
Demonstranci nieśli narodowe flagi, tańczyli, bili w blaszane garnki drewnianymi łyżkami i nieśli transparenty wzywające do reform socjalnych. Do protestów przyłączyli się kierowcy ciężarówek i taksówek. Praktycznie wszystkie główne arterie Santiago zostały zablokowane.
Gubernator Santiago Karla Rubliar oceniła, że w protestach w stolicy wzięło udział ponad milion osób. Według policji było ich 820 tys. Demonstracje odbyły się także we wszystkich większych miastach Chile.
Po raz pierwszy od 30 lat i zakończenia rządów gen. Augusto Pinocheta wysłano na ulice wojsko. W stolicy i 16 okręgach kraju ogłoszono godzinę policyjną. W Santiago i innych miastach doszło jednak do rabunków mienia prywatnego i napadów na ponad dwieście supermarketów.
Bezpośrednim powodem wybuchu masowego niezadowolenia była podwyżka cen biletów za przejazdy metrem i innymi środkami transportu publicznego. Protesty wsparła lewicowa opozycja i potężny chilijski związek zawodowy górników kopalni miedzi.
Centroprawicowy rząd prezydenta Sebastiana Pinery oświadczył, że „usłyszał postulaty” społeczne. Ogłosił też szereg reform socjalnych, w tym podwyżki minimalnych emerytur, podniesienie podatkó dla najbogatszych i wycofanie wzrostu o 9,2% cen energii elektrycznej.
Polityka ustępstw jak zwykle efektów nie przynosi, a nawet niektórych rozzuchwala. Pojawiają się nowe żądania. Do tej pory w zamieszkach śmierć poniosło 19 osób. Ostatnia manifestacja miała jednak spokojniejszy charaktrer. Tylko przed pałacem prezydenckim La Moneda policja musiała użyć armatek wodnych i gazu. Jeszcze zatęsknią za Pinochetem?
Źródło: PAP/ AFP