Nie uwierzycie! Co stało się ze słynną tęczą z placu Zbawiciela za kilkaset tysięcy złotych?

Tęcza na pl. Zbawiciela w Warszawie. Foto: PAP/Marcin Obara
Tęcza na pl. Zbawiciela w Warszawie. Foto: PAP/Marcin Obara

Instalacja Julity Wójcik postawiona na placu Zbawiciela w 2012 roku przez Instytut Adama Mickiewicza, współpracujący w tym zakresie z warszawskim ratuszem była kolorową, kilkukrotnie niszczoną konstrukcją, wokół której rozgorzała prawdziwa, ideologiczna wojna.

„Uznać ją należy za wyjątkowo wstrętną antykatolicką prowokację, ponieważ sam plan imprezy czyni z góry ewentualne protesty skazanymi na ośmieszenie i wykpienie przez postępowe media i samych artystów. Katolickim talibom przeszkadzać będą bawiące się dzieci! Sprytne” – pisała wówczas „Fronda”.

Swój sprzeciw wyrażał również proboszcz parafii, której kościół stoi naprzeciwko instalacji. Jak deklarował, taka instalacja na wprost świątyni to obraza uczuć religijnych.

Tęczę próbowano zniszczyć kilkukrotnie. W końcu stała się symbolem walki między konserwatywną częścią społeczeństwa, a prowokacyjnym „i co nam zrobicie?” reprezentowanym przez środowiska lewicowe.

Całodobowe patrole straży miejskiej, specjalna farba, zraszacze, a nawet monitoring – to wszystko chroniło tęczę.

Ile kosztowała taka zabawa? W odpowiedzi na interpelacją ówczesnego radnego Jana Śpiewaka, dyrektor biura kultury Tomasz Thun-Janowski pisał, że koszty poniesione przez Zarząd Oczyszczania Miasta w 2014 wobec tęczy opiewają na kwotę prawie 60 tys. złotych. Tylko w 2014 roku i tylko koszty ZOM-u. A inne?

Wiadomo, że po jej uszkodzeniu w 2014 roku przeprowadzono remont, który wraz z „opieką na przyszły rok” kosztował ponad 100 tys. złotych, ale sama instalacja płonęła kilkukrotnie. W większości przypadków były to podpalenia, ale raz zajęła się przez fajerwerki.

Co dzieje się z tęczą, na którą – według naszych szacunków – miasto stołeczne Warszawa wydało lekką ręką kilkaset tysięcy? Rąbka tajemnicy sprzed lat uchyliła ustępująca dyrektor Centrum Sztuki Współczesnej, która w wywiadzie z „Gazetą Wyborczą” utyskiwała na decyzję ministra Glińskiego o pozbawieniu jej dotychczasowego stanowiska.

„Tę pracę (tęczę – przyp. red.) spotkała ogromna krzywda. Została wciągnięta w wojnę polityczną i sprowadzona do emblematu. A przecież to nie jest żaden symbol, ale dzieło sztuki – wielowymiarowe, poddające się rozmaitym interpretacjom. Zresztą dzieło o ciekawej historii. Julita, tworząc „Tęczę”, zaprosiła ochotników do instalowania kolorowych kwiatów na stelażu – od początku ta praca miała wymiar społeczny” – mówiła Małgorzata Ludwisiak.

Na pytanie o to, czy słynna tęcza wciąż znajduje się w magazynach Centrum Sztuki Współczesnej, jej ustępująca dyrektor odpowiedziała:

„Jej fizyczna substancja nie istnieje. Kwiatki zostały zabrane przez warszawiaków na pamiątkę podczas pożegnania w 2015 r. To był gest powtórnego uspołecznienia tej pracy, powrót do jej źródeł. Natomiast żelazna konstrukcja została, zdaje się, zutylizowana. Zachowały się fragmenty, które zyskały drugie życie na wystawie „Późna polskość”. Kuratorzy Ewa Gorządek i Stach Szabłowski zadecydowali o zbudowaniu okrągłego stołu, m.in. z fragmentów „Tęczy”. Przy tym stole odbywały się debaty z udziałem ludzi o najrozmaitszych poglądach. W ten sposób „Tęcza” znów łączyła ludzi” – dodała.

I jak? Opłacało się wydać te pieniądze w taki sposób?

Źródło: onet.pl, YouTube, wyborcza.pl