
Marc Ryan, kolarski mistrz świata z 2015 roku, przeżył prawdziwe piekło w tajlandzkim areszcie. Sportowiec został zatrzymany, ponieważ nie miał ważnego pozwolenia o pracę.
37-letni Nowozelandczyk został zatrzymany 9 grudnia, gdy wychodził z siłowni w Bangkoku specjalizującej się w treningu kolarskim. Marc Ryan pracował tam jako trener, choć, jak się okazało, nie miał pozwolenia na pracę.
Sportowca prześwietliła tajlandzka policja imigracyjna. Warunki w których musiał spędzić cztery dni określa jako prawdziwe piekło.
5000 batów, zatłoczone cele i spanie na podłodze
Pierwszej nocy Ryan został zmuszony do spania w jednej sali z 70-80 osadzonymi. Do dyspozycji mieli oni tylko dwie toalety bez prysznica.
Kolejne trzy dni spędził w celi z 6 osobami, choć cela ewidentnie była stworzona dla mniejszej liczby osadzonych. Dlatego Nowozelandczyk był zmuszony do spania na ziemi.
Przez cały ten czas Ryan był odcięty od świata zewnętrznego, ponieważ korzystanie z telefonu komórkowego było surowo zabronione.
Po odsiadce stawił się w sądzie, gdzie przyznał się do winy. Został skazany na karę 5000 batów (bat – waluta w Tajlandii) i wydalony z kraju.
– To było jak więzienie. Mam szczęście, że tak szybko udało mi się opuścić to miejsce, bo niektórzy siedzą w nim już długo – wyznał na łamach „The New Zealand Herald”.
Pomimo, że władze nie wpisały go na tzw. „czarną listę”, a w Tajlandii ma partnerkę, to nie zamierza tam wracać w najbliższym czasie.
Źródło: nzherald.co.nz, PAP