
Kryzys polityczny w Belgii trwa. Mieszkańców czeka perspektywa powrotu do urn wyborczych. Jest to efekt załamania się negocjacji o stworzeniu koalicji socjalistów i flamandzkich nacjonalistów. „Wybory coraz bliżej” – pisze na pierwszej stronie flamandzka „Het Laatste Nieuws”. „Nieuniknione wybory” – to z kolei tytuł francuskojęzycznego „La Libre Belgique”.
Belgia nie ma większościowego rządu od 18 grudnia 2018 r., Wtedy to premier Charles Michel z partii liberalnej złożył rezygnację na ręce królai Filipowi po wyjściu z rządu flamandzkich nacjonalistów z N-VA. Poszło o stosunek do imigracji.
Po wyborach 26 maja 2019 r. miało miejsce już „pięć misji” tworzenia rządu. Walońscy socjaliści i flamandzka N-VA nie mogą się jednak dogadać. 14 lutego poddał się kolejny kandydat na premiera. Minister sprawiedliwości i flamandzki chadek Koen Geens, powołany zaledwie 31 stycznia, rzucił na polityczny ring ręcznik.
Belgia jest co prawda przyzwyczajona do niestabilności politycznej i w latach 2010-2011 obywała się bez rządu przez 541 dni. Jednak wybory wydają się perspektywą nieuniknioną. Upadek opcji sojuszu socjalistów walońskich z Nowym Sojuszem Flamandzkim (N-VA) teoretycznie może zastąpić koalicja socjalistów, liberałów i Zielonych. Musiałaby jednak uzyskać poparcie chadeków. Tymczasem Flamandzka Partia Chrześcijańsko-Demokratyczna, CD&V jest w regionie flamandzkim koalicjantem… N-VA i nie zamierza tego zmieniać. Koło się więc zamyka.
Brak federalnego rządu niepokoi Komisję Europejską i Narodowy Bank Belgii (BNB). Rośnie m.in. zadłużenie budżetu, a brak koordynacji polityki finansowej spowodował, że Belgia dobiła do Włoch i ma najwyższy deficyt zadłużenia publicznym w krajach UE.