Korwin-Mikke: Homo homosiowi problemem

Janusz Korwin-Mikke i homosie. Foto: PAP/pixabay
Janusz Korwin-Mikke i homosie. Foto: PAP/pixabay

Jak to był ujął śp. Stefan Kisielewski: „Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się problemy… nieznane w żadnym innym ustroju!”. Z tymi problemami borykam się jako poseł sto razy dziennie.

Jestem zalewany pismami rozmaitych stowarzyszeń walczących a to z zaćmą, a to z rakiem jelita grubego, a to cienkiego, a to ze stawardnieniem rozsianym… A każde chce, bym, jako członek Komisji Zdrowia, dał więcej pieniędzy na walkę z tym, z czym oni akurat walczą.

Budżet państwa socjalistycznego jest siedem razy większy od budżetu państwa normalnego, a sumy na pozycje inne niż wojsko i policja – sto razy większe. Mimo to nie jest on z gumy. Toteż by dać pieniądze na walkę z rakiem jelita grubego, muszę zabrać pieniądze przeznaczone na walkę z rakiem jelita cienkiego.

Poseł w kraju d***kratycznym bada uważnie statystyki, stwierdza, że rodziny mające problem z jelitem grubym są liczniejsze, niż rodziny mające problem z jelitem cienkim – i głosuje za tym, by dać pieniądze im. Po prostu: liczy na ich głosy. Ja nie jestem d***krata i uczciwie wszystkim mówię, że nie zajmuję się przelewaniem z pustego w próżne i żadnych takich operacyj popierać nie będę.

Nie będę nawet popierał zwiększania sumy pieniędzy na lecznictwo – bo dzięki temu, być może, wyleczy się więcej ludzi, ale zostaną one zabrane np. z budżetu na budowy dróg, więc z kolei więcej osób zginie na jednopasmowych jezdniach.

W normalnym kraju, oczywiście, budżet jest normalny, a nie totalitarny. Nie można więc pieniędzy z drogownictwa przelewać na szpitalnictwo – albo odwrotnie. A w ogóle w normalnym państwie i drogi, i szpitale budują prywaciarze, a ludzie płacą za to własnymi pieniędzmi. I to jest wtedy ich wybór: sprzedać samochód i mieć lepsze leczenie szpitalne – lub mieć dobry wózek, a za to gorszego lekarza. Suum bonum cuique.

I NIKT się tym „problemem” nie musi zajmować. Poza samymi zainteresowanymi, oczywiście.

Pieniądze na leczenie idą obecnie według mody. Raz modny jest rak piersi u kobiet, a raz prostata u mężczyzn. I jak z każda modą: nie wiadomo, od czego to zależy. Ot, jakiś ciekawy przypadek się trafi, dziennikarz to opisze, zaraz znajdzie się dziesięciu z podobnymi przypadkami, redakcje to opiszą, politycy się ujmą za cierpiącymi na tę przypadłość, pójdą na to państwowe pieniądze, dziennikarze będą się tym interesować… Po roku–dwóch latach pojawia się nowa modna choroba – a stara powoli zjeżdża z piedestału.

Od kilku tygodni modna staje się psychiatria dziecięca (u nas specjalistą od niej stał się kol. Artur Dziambor). Nie wiadomo dlaczego posłowie biadolą nad tym, że jakiś 13-latek popełnił samobójstwo – a przyczyną tego jest, że… mamy w Polsce za mało specjalistów od psychiatrii dziecięcej.

Zupełnie jakby kandydaci na samobójców wywieszali sobie na piersiach tabliczkę: „Potrzebuję psychiatry dziecięcego”. Przecież taki osobnik nawet nie wie zazwyczaj, że istnieją psychiatrzy dziecięcy – a więc jest dokładnie obojętne, czy takich specjalistów jest w Polsce trzystu, czy trzy tysiące.

Zwracam przy tym uwagę, że w czasach mojego dzieciństwa psychiatrów dziecięcych było chyba znacznie, znacznie mniej – a choroby psychiczne leczyło się przy pomocy klapsa, paska, stania w kącie lub – horribile dictu: klęczenia na grochu. W efekcie dzieci miały wtedy znacznie mniej problemów niż dzisiaj. Wiadomo bowiem (od czasów słynnej sztuki „Dr. Knock – czyli tryumf medycyny”), że pojawienie się specjalisty od choroby powoduje, że liczba przypadków tej choroby gwałtownie rośnie.

Jest jednak jeden aspekt tego problemu – i to dlatego rozdmuchują go lewicowi politycy i publicyści. Chodzi o cierpienia osobników LGBT.

Otóż dawniej też trafiali się np. homosie. Jednak było ich od 0,5% do 1% populacji – w związku z tym szansa, że się spotkają, była niewielka. Nikt też o homoseksualizmie nie mówił ani nie pisał. Robiono, oczywiście, aluzje – ale te były rozumiane wyłącznie przez osobników wtajemniczonych – np. pisarzy.

Młody chłopak patrzył na kolegów jako na wzory – i nawiązywał stosunki z dziewczynami. Był w nich zapewne nieco oziębły – ale, po prostu, nie miał innego wzoru. A „z kim przestajesz, takim się stajesz”.

Obecnie taki chłopak, np. biseksualista, dzięki otwartym dyskusjom odkrywa swoje upodobania, konkretyzuje je, znajduje partnerów na portalach społecznościowych – i wzorem dla niego stają się inni homosie czy (tfu!) „geje”. I teraz zaczynają się „problemy”.

Co ciekawe, Owidiusz w „Sztuce kochania” pisał:

„Miłość bez niebezpieczeństwa
Traci swe największe wdzięki
Choć wolna jesteś jak Tais
Twórz nieistniejące lęki.
Luby mógłby wchodzić drzwiami?
Każ mu, niechaj oknem włazi (…)”.

W normalnym społeczeństwie młodzi homosie, podobnie zresztą jak normalni chłopcy i dziewczyny – musieli się ze swoją miłością ukrywać. Dziś pary całują się (a czasem i kopulują!) publicznie – co odbiera ich miłości swoisty smaczek. Nic tak nie wzmaga miłości, jak wspólne pokonywanie niebezpieczeństw. Dziś dziewczyna za zgodą rodziców zaprasza chłopaka do domu na noc – a potem dziwi się, że taki związek rozpada się po paru miesiącach.

Młodzi homosie nie zdają sobie z tego, oczywiście, sprawy – i zaczynają domagać się takiej samej tolerancji. I tu jest nieszczęście – bo patrzenie na miłość młodych jest krępujące – ale to samo w wykonaniu homosiów przekracza granice tolerancji.

Podsumowując: dawniej młody kandydat na homosia w ogóle nie zdawał sobie sprawy ze swoich upodobań – i tylko znacznie mniej ciągnęło go do dziewczyn. Jeśli trafiał w środowisko homosiów – to też się nie leczył, tylko po prostu ukrywał w tym środowisku, więc nigdy nie spotykał się z żadnymi „objawami nietolerancji”.

A teraz chce robić coming out – a potem dziwi się, że się z takimi objawami nietolerancji spotyka.

To lewacka propaganda winna jest nieszczęściom dziesiątków tysięcy młodych ludzi. Weszli obcesowo w delikatny, uformowany przez tysiąclecia cywilizacji układ, rozbili go…
…i potem dziwią się, że ludzie kaleczą się o jego fragmenty!

About_me_web_site_name

Czołowa postać polskiego ruchu wolnościowego. Założyciel i główny felietonista tygodnika Najwyższy CZAS! Poseł na Sejm I i IX kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego VIII kadencji.

3 KOMENTARZE

  1. Po co pisać o tych obrzydliwościach, przecież to aż mdli! i wstyd nam mężczyznom!

Comments are closed.