Koronawirus w Lublinie. Syn pacjenta ujawnia. Służby totalnie nieprzygotowane na epidemię

maseczki epidemia koronawirusa/koronawirus
Maseczka - zdjęcie ilustracyjne. / foto: Prt Sc YouTube
REKLAMA

Koronawirus dotarł do Lublina. Syn pacjenta opowiada o tym, co spotkało jego rodzinę w związku z zakażeniem. Z opisu wynika jasno, że służby nie są przygotowane na epidemię.

53-letni pacjent to mieszkaniec Niedrzwicy Dużej. W poniedziałek wieczorem poczuł się źle i rodzina zawiozła go do szpitala w Bełżycach. Tam potwierdzono obecność Covid-19. Mężczyzna złapał koronawirusa najpewniej od członka rodziny. Ten zaś przebywał we Włoszech.

Jego stan jest ciężki. Przebywa w stanie śpiączki farmakologicznej. Jest podłączony do respiratora i nie oddycha samodzielnie.

REKLAMA

Nosiciel wkrótce ma trafić do Kliniki Chorób Zakaźnych Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie. Tam skierowany zostanie do izolatki.

Włochy i brak kontroli w Polsce

23-letni Paweł, syn chorego mężczyzny, opowiedział o swoim wyjeździe do Włoch. Ten miał miejsce, gdy

jeszcze nie było mowy o wielkiej epidemii w tym kraju. Mimo tego byli sprawdzeni na lotnisku pod kątem choroby.

Co ciekawe, gdy we Włoszech wybuchła epidemia, w Polsce nadal nie sprawdzano stanu osób, które przyleciały z tego kraju. Paweł wówczas szybko wrócił do ojczyzny.

W Polsce po przylocie nikt nas nie sprawdzał. Jednak czytałem to co się dzieje więc ustaliliśmy ze znajomymi, że zadzwonimy do sanepidu. Podaliśmy wszystkie nasze dane. W sanepidzie powiedzieli nam, że nie ma żadnych powodów do obaw skoro nic nam nie dolega – powiedział „Gazecie Wyborczej” Paweł.

Mieliśmy normalnie żyć, postępować tak jak zawsze. Ja chodziłem do pracy, na uczelnię, grałem ze znajomymi w piłkę. Miałem lekki kaszel, ale powiedzieli mi, żeby się tym nie przejmować, bo objawy zakażenia to miał być mocny katar, kaszel i przede wszystkim wysoka gorączka. A żadnego z tych objawów nie miałem – dodał.

W zeszłym tygodniu sytuacja się zmieniła. Ojciec Pawła zachorował.

Państwowi lekarze nie chcą się zająć sprawą

Mimo tego tato był osłabiony, nigdzie nie ruszał się z domu od czwartku do poniedziałku. W poniedziałek rano było trochę lepiej, ale już wieczorem zaczął strasznie kaszleć, był siny, nie mógł złapać oddechu. Zadzwoniliśmy po pogotowie, podaliśmy wszystkie objawy. Dyspozytorka o nic więcej nas nie pytała tylko powiedziała, że skoro tato jest pod nadzorem lekarza rodzinnego to nie wyśle po niego karetki. I żebyśmy zadbali o niego sami – wskazuje.

Dziś (we wtorek – red.) przyszły wyniki i od razu cała nasza rodzina czyli ja mama i jeszcze siostra z bratem zostaliśmy zaproszeni na badania. Najpierw mieliśmy jechać sami. Później powiedziano nam, że przyjedzie po nas karetka. Czekaliśmy na nią chyba półtorej godziny. A jak już przyjechała to załoga zdziwiła się, że chodzi o cztery osoby, bo była przekonana, że tylko o dwie – podkreśla.

W ten oto sposób „bohaterska” państwowa „służba zdrowia” pomogła rozprzestrzenić się koronawirusowi i doprowadzić jedną osobę do stanu ciężkiego. Naprawdę warto utrzymywać tę iluzję opieki zdrowotnej za gigantyczne pieniądze zabierane nam wszystkim?

Źródło: wyborcza.pl

REKLAMA