Wydawca „Do Rzeczy” z poważnymi zarzutami. Prokuratura uznała jego wyjaśnienia za całkowicie niewiarygodne

Wydawca
Michał Lisiecki, wydawca "Wprost" i "Do Rzeczy" w drodze na posiedzenie sądu, który zdecydował o jego aresztowaniu. Fot. PAP

Dziennikarze „Pulsu Biznesu” opisali nowe fakty ws. śledztwa z wydawcą „Do Rzeczy” w roli głównej. Pogrążają go zeznania świadków i analiza dokumentów.

Wydawca tygodnika „Do Rzeczy” Michał Lisiecki i inni zatrzymani przez CBA w ub. roku usłyszeli zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, spowodowania szkody w wielkich rozmiarach oraz dopuszczenia się przestępstw skarbowych. Postępowanie prowadzi Dolnośląski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu.

Dziś „Puls Biznesu” opisał kulisy śledztwa i nowe fakty obciążające wydawcę „Do Rzeczy”.

Sprawa dotyczy wyrządzenia szkód w wysokości 40 mln złotych na mieniu będącej w upadłości spółki Przedsiębiorstwo Napraw Infrastruktury (PNI). Jej syndykiem był Tomasz S., w latach 2007-2016 PMPG Polskie Media – wydawcy „Do Rzeczy”.

W toku śledztwa ustalono, że zorganizowana grupa przestępcza działała od 2012 do 2015 roku w Warszawie. – Działania grupy polegały na przywłaszczeniu środków finansowych pochodzących z masy upadłości poprzez zawieranie szeregu umów i ustnych porozumień na rzekome usługi, za które wystawiane były poświadczające nieprawdę dokumenty w postaci nierzetelnych faktur – opisywała Prokuratura Krajowa.

Lisieckiego, będącego głównym udziałowcem PMPG obciążył były członek zarządu wydawnictwa. Natomiast według śledczych ponad połowa z 40 mln zł wyłudzonych z PNI miała trafić do firm współkontrolowanych wiceprezesa PMPG.

Ze spółką Lisieckiego były związana także inne osoby z zarzutami w tej sprawie. To m.in. Daniel B., który w latach 2002-2007 pracował w PMPG m.in. jako szef działu prawnego.

Poważne zarzuty

Były wiceprezes PMPG wyznał, że należąca do Lisieckiego firma Capital Point zarobiła od PNI ok. 1,3 mln złotych, wystawiając 22 faktury za fikcyjne usługi. – Uzgodnione było tylko między mną a Michałem Lisieckim, że on będzie wystawiał faktury na PNI, a ja będę płacił. I tak też było. Dałem mu zarobić – zeznał S. w wyjaśnieniach cytowanych przez „Puls Biznesu”.

Lisiecki bronił się, że nie wystawiał pustych faktur, a jego spółka Capital Point otrzymała od PNI wynagrodzenie za faktycznie wykonane usługi. Tu wydawca „Do Rzeczy” wyjaśniał, że dzięki swoim „kontaktom biznesowym” doprowadził do rozwiązania sporu między PNI a właścicielem firmy Budimexem oraz Grupą PKP, od której PNI została przejęta przez Budimex.

Sęk w tym, że tym twierdzeniom przeczy zarówno prezes Budimexu jak i były już prezes PKP. Ten drugi stwierdził wręcz, że kierując PKP, był w kontakcie z Lisieckim tylko raz, kiedy spółka chciała wykupić pakiet reklamowy w wydawanym przez PMPG tygodniku „Wprost”.

O udziale biznesmena w rozwiązywaniu sporu wokół PNI nic mu nie wiadomo. – Nie przypominam sobie zupełnie, by pan Lisiecki się do mnie zwracał w tej sprawie i by on organizował jakieś spotkania w tym przedmiocie – to jest bzdura – zeznał były prezes PKP. Karnowski zaprzeczył też jakoby spotkał się z wydawcą „Do Rzeczy” i „Wprost” w siedzibie Polskiej Rady Biznesu.

Natomiast prezes Budimexu Dariusz Blocher zeznał, że Lisiecki na początku 2013 roku opisał mu koncepcję uratowania PNI przed wierzycielami, przy czym nie przedstawił się jako reprezentant tej spółki, tylko zaproponował Budimexowi swoje usługi doradcze. Prezes Budimexu ocenił, że wydawca nie miał szczegółowej wiedzy o sytuacji PNI.

Analizy ze Ściągi.pl

Dziennikarze „Pulsu Biznesu” ujawnili, że faktury, za które PNI płaciła spółce Capital Point, nie dotyczyły pomocy przy relacjach z PKP i Budimexem, tylko m.in. analizy rentowności wykorzystania sprzętu PNI pod wynajem podmiotom zewnętrznym oraz cen usług świadczonych na rzecz spółki przez podwykonawców. Co więcej, prokuratorzy ustalili, że pracownicy PNI nie wiedzieli o takich usługach świadczonych przez Capital Point, a Lisiecki nie potrafił wymienić żadnego podwykonawcy PNI.

Żeby było zabawniej – okazało się, że protokoły odbioru pracy i opracowania przygotowane przez spółkę wydawcy „Do Rzeczy” zawierają głównie… informacje skopiowane z ogólnodostępnych źródeł, m.in. rocznika statystycznego GUS, serwisów Wkuwanko.pl i Ściaga.pl.

Natomiast prokuratura oceniła te dokumenty jako „nierzetelne” i „poświadczające nieprawdę”.

Źródło: Puls Biznesu / Wirtualne Media