Komenda, Kraska, a teraz Pyłka? Leszek Szymowski ujawnia historię pewnego „morderstwa”

Więzienie.
Obrazek ilustracyjny Więzienie Źródło: Pixabay

Po kompromitujących prokuraturę i sądy wyrokach skazujących Tomasza Komendę i Arkadiusza Kraski, światło dzienne ujrzała kolejna bulwersująca sprawa. Współpracujący z „Najwyższym Czasem!” dziennikarz śledczy Leszek Szymowski przytacza historię Wojciecha Pyłki, odsiadującego wyrok za morderstwo. Zapraszamy do lektury.

Skazani za samobójstwo

Dwaj mieszkańcy Wałbrzycha odsiadują wyroki za morderstwo, choć prokuratura ma dowody, że „ofiara” sama sobie odebrała życie bez ich najmniejszego udziału. Po sprawie Tomasza Komendy i Arkadiusza Kraski, mamy właśnie kolejną, koszmarną pomyłkę sądową z potwornym ludzkim dramatem w tle.

Wojciech Pyłka (wyraził zgodę na podawanie nazwiska) już dwunasty rok odsiaduje 25-letni wyrok za zabójstwo właściciela mieszkania na ulicy generała Andersa w Wałbrzychu. Jego domniemany wspólnik – Bogumił K. – został skazany na 15 lat za współudział i zacieranie śladów i w tym roku będzie mógł zacząć się ubiegać o przedterminowe zwolnienie.

Głównym dowodem obciążającym były policyjne notatki stwierdzające, że Bogumił K. przyznał się do udziału w zabójstwie, którym obciążył Wojciecha Pyłkę. Sąd uznał je za wiarygodne, choć były sprzeczne i z sobą i z innymi dowodami, w tym z zeznaniami świadków. A sam K. w trakcie przesłuchań, mówił coś innego.

Zaniepokojenie sąsiadów

Sprawa zapewne pozostałaby jedną z wielu, zakończonych zgodnie z procedurą karną, gdyby nie przypadek: kilka miesięcy temu policja uzyskała informację stawiającą całą sprawę w innym świetle. W rezultacie, na początku 2020 roku akta sprawy przeanalizował podinspektor Janusz Bartkiewicz – policyjny ekspert od wyjaśniania najtrudniejszych zbrodni (25 lat pracy w pionach kryminalnych). Jego analiza jest szokująca. Wynika z niej, że dwie osoby zostały niesłusznie skazane za morderstwo a policyjne dochodzenie naruszało wszystkie procedury i standardy pracy kryminalistycznej.

Przypomnijmy fakty: 31 stycznia 2008 roku dwaj mężczyźni mieszkający w Wałbrzychu przy ulicy generała Andersa, zwrócili uwagę, że u ich sąsiada – Janusza L. – od tygodnia nieprzerwanie pali się światło a on sam nie wychodzi. Zaniepokojeni, pożyczyli drabinę, wspięli się do okna i zajrzeli do wnętrza mieszkania.

„Zwróciłem uwagę na kołdrę, która wyglądała tak, jakby spod niej wystawały nogi” – zeznawał później jeden z mężczyzn. Kilkadziesiąt minut później, na miejscu zjawili się policjanci, strażacy i pogotowie ratunkowe. Drzwi wyważono.

„Na suficie zamontowany jest stelaż do podwieszania regipsów – szyny biegnące prostopadle do ściany z oknami. Na drugiej szynie w odległości 1 m od ściany przedniej zawieszony jest sznur o splocie białoniebieskim w połowie długości z węzłem nieregularnym i wplecionym w niego karabińczykiem, w dolnej części tworzy pętlę na której wisi mężczyzna. Denat pętle ma na szyi w przedniej części sznur biegnie za uszami w górę i pod brodę. Palce obu dłoni ma włożone między pętlę a szyję. Nogi ugięte w kolanach, prawym kolanem lekko wsparty o łóżko” – napisał w notatce policjant, który pierwszy przyjechał na miejsce.

Policyjne dochodzenie naruszało procedury

I tutaj właśnie zaczyna się tajemnica. Z akt sprawy wynika, że na miejsce nie dotarła ekipa dochodzeniowo – śledcza ani kryminalistyczna. Było to złamanie elementarnych zasad pracy policyjnej. Młodszy aspirant, który jako pierwszy przyjechał na miejsce, po pięciu godzinach sam sporządził protokół oględzin zwłok. Dokument ma półtorej strony i jest zapisany niechlujnym, ręcznym pismem.

Podinspektor Bartkiewicz, który w styczniu tego roku przeanalizował akta sprawy, znalazł aż osiem katastrofalnych błędów popełnionych pierwszego dnia: brak dokumentacji fotograficznej całego mieszkania, brak szkiców z opisem lokalu i przedmiotów mogących mieć znaczenie dla śledztwa, brak fotografii wiszących zwłok. Nie zabezpieczono linki holowniczej, na której wisiały zwłoki, śladów linii papilarnych ani śladów obuwia w mieszkaniu, odzieży, w którą ubrany był wisielec. Nie spisano wszystkich przedmiotów znajdujących się w mieszkaniu, zwłaszcza mebli, w końcu też nie dokonano oględzin części gospodarczej na drugim poziomie mieszkania.

Tego samego dnia lekarz pogotowia ratunkowego wystawił akt zgonu. Napisał w nim, że śmierć nastąpiła „w wyniku podjętej próby samobójczej” i „nie stwierdzono udziału osób trzecich”.

Śledztwo prokuratury

Prokuratura wszczęła więc śledztwo w kierunku nakłaniania do samobójstwa. Przeprowadzono sekcję zwłok. Anatomopatolog wykluczył zabójstwo. Po trzech miesiącach, znalazł się świadek, który zeznał, że „słyszał”, iż mogło dojść do zabójstwa. Prokuratura zmieniła więc kwalifikację śledztwa i poprowadziła je w kierunku zabójstwa (art. 148 k.k.).

Zwłoki Janusza L. wyjęto z grobu i ponownie przeprowadzono sekcję. Jej protokół kończył się takimi samymi wnioskami: samobójstwo i brak śladów udziału osób trzecich.
Rzeczy znalezione w mieszkaniu Janusza L. trafiły do depozytu Miejskiego Zarządu Budownictwa.

Musiało minąć pięć miesięcy aż prokuratura zażądała protokołu ich oględzin. Okazało się wówczas, że treść protokołu sprzeczna jest ze spisem rzeczy znalezionych przez policjantów na miejscu zbrodni. Dodatkowo skomplikowało to sprawę. Nie wiadomo co z mieszkania zabrali funkcjonariusze a co pracownicy MZB.

Brak zdjęć z miejsca zbrodni

W sierpniu 2008 roku, przy innej sprawie, policjanci zatrzymali Mariolę S. – mieszkankę Wałbrzycha. Na komendzie opowiedziała ona, że niejaki Bogumił K. zwierzył się jej, że ukradł wieżę stereo z mieszkania zamordowanego Janusza L. Nie wiadomo dlaczego akurat jej K. miałby o tym opowiedzieć.

Konsekwencją było przeszukanie u K. Istotnie, znaleziono u niego wieżę stereo ale nie było na niej odcisków palców Janusza L. ani żadnych innych śladów, które mogłyby dowodzić, że wieża należała wcześniej do niego. Tymczasem wieża stereo to popularny sprzęt elektroniczny, dostępny w większości domów.

Wątpliwości te mogłyby rozwiać zdjęcia z miejsca zbrodni ale nie zostały wykonane. Policjanci nie sporządzili protokołu z przesłuchania Marioli S. a rozmowy z nią nie nagrali ani kamerą ani magnetofonem. Jedynym śladem po jej „zeznaniach” jest notatka policyjna, której nie pozwolono jej ani przeczytać ani podpisać.

Wiele miesięcy później, przed Sądem Okręgowym w Świdnicy, Mariola S. zeznała, że była zmuszana przez policjantów do przedstawienia określonej wersji zdarzeń. Była to tzw. „sugestywna technika przesłuchania”. W efekcie powstała notatka, z której wynika, że Bogumił K. miał się zwierzyć Marioli S., że razem z Wojciechem Pyłką zabił Janusza L. a potem ukradł z jego mieszkania wieżę stereo.

Mariola S. zaprzeczyła temu przed sądem i stwierdziła, że wywierano na nią presję, aby przedstawiła to, co jej kazano. Prokurator podniósł wówczas, że to typowe zachowanie – zrzucanie winy na policjantów.

Aresztowanie

Wojciecha Pyłkę i Bogumiła K. zatrzymano w 2008 roku i tymczasowo aresztowano. Przeprowadzono między nimi konfrontację. Nie wynika z niej, aby którykolwiek miał jakikolwiek związek z zabójstwem. To o tyle istotne, że z reguły, dwaj sprawcy, starają się wzajemnie obciążyć odpowiedzialnością.

Z konfrontacji można wnioskować, że żaden z nich nie był w ogóle w mieszaniu zamordowanego, bo nie był w stanie opisać jego wyglądu.

„Bogumił K. wpuścił do mieszkania Janusza L. Wojciecha Pyłkę. Potem razem dokonali jego zabójstwa” – czytamy w uzasadnieniu wyroku Sądu Okręgowego w Świdnicy (III K 4/09). Nie wiadomo na czym sąd oparł to twierdzenie, bo akta śledztwa w ogóle nie obejmują tego wątku.

Dalsza część artykułu do przeczytania na Facebookowym profilu Leszka Szymowskiego.

„Na zakończenie dodam, że Wojciech Pyłka konsekwentnie twierdzi, że jest niewinny. Nie skorzystał z możliwości zwrócenia się do Prezydenta RP o ułaskawienie, ponieważ musiałby przyznać się do winy” – podsumowuje dziennikarz śledczy.