Zlikwidować przymus szczepień. Ingerencja państwa jest zupełnie zbędna

Szczepienie małego dziecka/fot. ilustracyjne/fot. PAP/Grzegorz Michałowski
Szczepienie małego dziecka/fot. ilustracyjne/fot. PAP/Grzegorz Michałowski

Wczoraj w Warszawie odbył się protest przeciwko PRZYMUSOWI szczepień. Wydaje się oczywiste, że rząd nie powinien mieć prawa zmuszania ludzi do przyjmowania żadnych substancji, a jednak budzi to kontrowersje.

Trudno wyobrazić sobie bardziej fundamentalne prawo, niż to do decydowania o tym, co stanie się z naszym ciałem. W przypadku dzieci to prawo przypada rodzicom.

Rodzicom, a nie nieznającym dzieci centralnym planistom z Warszawy, którzy jakimś cudem mają w swej niezmierzonej mądrości zaplanować kalendarz obowiązkowych szczepień, identyczny dla wszystkich dzieci.

Naprawdę po doświadczeniach z pustymi półkami w państwowych sklepach, po doświadczeniach z klapami kolejnych programów z „plusem”, potrzeba jeszcze więcej dowodów na to, że centralne planowanie nie działa?

Praktyka pokazuje, że przymus szczepień nie jest konieczny.

Podstawowym argumentem „za” przymusem szczepień jest tzw. odporność stadna. Najprościej to ujmując – odpowiednio dużo osób musi być zaszczepionych, by choroba się nie rozprzestrzeniała i nie powstała z tego epidemia.

Co do samej odporności zdecydowana większość lekarzy zgadza się z jej występowaniem, ALE nie ma co do tego stuprocentowego konsensusu, pojawiają się lekarze, którzy kwestionują jej istnienie, jak np. Dr. Russell Blaylock.

Rzecz jednak nie o tym. Podstawowe pytanie, które trzeba sobie zadać, to czy państwo musi wkroczyć ze swoimi buciorami, żeby osiągnąć „odporność stadną”? Co by się stało, gdyby państwo nie podjęło żadnej interwencji?

Możemy to zobaczyć w praktyce. W Polsce istnieje jeden z najbardziej zamordystycznych systemów szczepień. Równocześnie zalecenia, a nie przymus szczepień to natomiast standard w wielu państwach Europy, Azji czy Oceanii.

W Wielkiej Brytanii szczepienia przeciwko odrze, śwince czy różyczce są dobrowolne, w Polsce obowiązkowe. W Wielkiej Brytanii poziom zaszczepienia w 2017 roku wyniósł nieco ponad 91 procent, w Polsce nieco ponad 92 procent.

Obowiązek szczepień i wysokie kary za ich brak nie zadziałały we Włoszech, gdzie poziom zaszczepienia wynosi zaledwie 85 procent. Z kolei Australia i Nowa Zelandia, które jedynie prowadzą kampanię informacyjne i zachęcają do szczepienia, osiągają poziomy ponad 94 procent!

Dane pokazują, że nie ma istotnej różnicy w poziomie zaszczepienia pomiędzy krajami z obowiązkowymi szczepieniami, a tymi, gdzie są one dobrowolne.

Zatem ingerencja państwa jest zupełnie zbędna – dobrowolne działanie ludzi samo rozwiązuje problem „odporności stadnej”.

Libertariańska autorka Bretigne Shaffer słusznie podkreśla na łamach fee.org, że „nikt nie ma „prawa” do środowiska wolnego od zarazków poza swoją własnością”.

„Możesz robić, co chcesz z tym, co jest Twoją własnością – a inni ludzie nią nie są. Nie jesteś ich właścicielem i nie możesz podejmować decyzji dotyczących ich ciał i ich życia” – pisze Shaffer i dotyczy to tak samo osób sprawujących władzę.

Z całą pewnością szczepienia przyniosły wiele dobrego. Mogą przyczyniać się do poprawienia stanu zdrowia i pomogły ograniczyć wiele groźnych wcześniej występujących chorób.

Nie można jednak ignorować faktu, że występują również w niewielkim przypadku osób negatywne konsekwencje, a znamy też przykłady całych serii trefnych szczepionek zarządzanych przez centralnego planistę pod przymusem.

Za te z czasów świńskiej grypy Szwecja wypłaca teraz odszkodowania…