
Monika Miller, wnuczka Leszka Millera, twierdzi, że dobierając sobie partnera nie zwraca uwagi na płeć czy wygląd. Nie uważa się jednak za osobę „biseksualną”. Znalazła sobie jeszcze inną, nowocześniejszą orientację.
– Przez całe życie nie potrafiłam zdefiniować ani własnej płci, ani seksualności – twierdzi Monika Miller.
Cóż, w starych dobrych czasach był łatwy sposób na sprawdzenie jakiej jest się płci. Nazywało się to „biologią”, jednak w tych czasach paranauk takich jak „gender studies” nie ma już tak dobrze.
Okazuje się jednak, że terminy takie jak „homoseksualizm” czy „biseksualizm” też są już dla wnuczki Millera zbyt konserwatywne. Millerówna znalazła sobie nowocześniejszy wynalazek.
– Nienawidziłam słowa „biseksualna”, bo mnie szufladkowało. Nigdy też nie myślałam o innych, że są dziewczynami lub chłopakami. […] Sama czuję się w tej kwestii neutralnie – kiedy to sobie uświadomiłam, łatwiej też było mi zrozumieć własną seksualność. Nie czuję się hetero, nie czuję się homo i tak jest OK. Jestem panseksualna – twierdzi.
Czym jest „panseksualizm”? Większość takich terminów ma łaciński lub grecki rodowód. „Pan” w grece to bożek mający postać kozła… Miejmy nadzieję, że nie o to chodzi.
Wikipedia podaje jednak inną definicję: „Panseksualizm, omniseksualizm — seksualny, romantyczny lub emocjonalny pociąg do osób niezależnie od ich płci, lub tożsamości płciowej. Osoby panseksualne mogą określać siebie jako osoby „ślepe na płeć”, zapewniając, że kwestie gender i płci nie są czynnikami wpływającymi na ich romantyczny lub seksualny pociąg do innych”.
Czym to się różni od „biseksualizmu”? Trudno powiedzieć. Może chodzi o przedrostek „bi” sugerujący pociąg tylko do dwóch płci. Środowisko LGBTL;DR twierdzi zaś, że płci jest jakieś 2137 rodzajów.
Prosto rzecz ujmując „panseksualizm” Moniki Miller polega na tym, że w zasadzie jest jej wszystko jedno…
Źródło: Variety